3 sierpnia 1914 roku to dzień powstania Pierwszej Kompanii Kadrowej powołanej przez Piłsudskiego. O tym jak doszło do powstania patrolu konnego opowiada W. Kalicki:

Mija północ, ale w krakowskiej restauracji U Hawełki w najlepsze trwa dziwny bankiet. Kilkunastu oficerów w mundurach Strzelca gęstym pierścieniem otacza niewielki stolik, przy którym siedzi 7 młodych mężczyzn w osobliwych cywilnych strojach. Każda z ich marynarek, każda z par spodni, w które są przyodziani, każdy kapelusz jest z innej parafii. Wyglądają na hałastrę cyrkowych przebierańców i, prawdę powiedziawszy, gdy późnym wieczorem się U Hawełki zjawili, zrazu tak właśnie zostali potraktowani przez kelnerów. Cywile i otaczający ich oficerowie Strzelca raz za razem wznoszą głośne toasty. Za wojnę, za wolną Polskę, za Komendanta.

Ostro pijący U Hawełki cywile tak naprawdę są także żołnierzami paramilitarnego Strzelca, ale parę godzin wcześniej musieli zdjąć mundury.

Wybuch wojny między Austro-Węgrami i Serbią, potem wypowiedzenie wojny Rosji przez Niemcy zelektryzowały kierowaną przez Józefa Piłsudskiego organizację strzelecką w zaborze austriackim. Poprzedniego dnia rano komendant Piłsudski polecił Władysławowi Prażmowskiemu „Belinie”, świeżo upieczonemu absolwentowi Akademii Górniczej w Leoben w Niemczech, wybranie 5–6 ludzi i poprowadzenie pierwszego, od powstania styczniowego 1863 roku, patrolu bojowego polskiego żołnierza. Patrol „Beliny” miał ruszyć do zajętego jeszcze przez Rosjan Jędrzejowskiego, celem uniemożliwienia wybrania przez Moskali rekruta. Na koniec Piłsudski dodał, że jest w 90 proc. pewne, iż patrol Rosjanie złapią i wszystkich jego uczestników powieszą.

 „Belina” nie dał się zbić z pantałyku. Zażądał tylko, by mógł zabrać więcej żołnierzy. Piłsudski, który do dyspozycji miał ledwie kompanię kadrową, skoszarowaną w Oleandrach, a sam przecież lada dzień musiał ruszyć na jej czele na front, zgodził się, by „Belina” zabrał nie 5, lecz 6 podwładnych. Imiennie wyznaczył przy tym jednego jeszcze uczestnika patrolu: Zygmunta Karwackiego „Bończę”, pochodzącego spod Jędrzejowa studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego, oficera Drużyn Strzeleckich. „Belina” natychmiast wrócił do Oleandrów i zebrał swoich kandydatów do wyprawy: studenta uniwersytetu lwowskiego Antoniego Jabłońskiego „Zdzisława”, studenta akademii handlowej w Sankt Gallen w Szwajcarii Stanisława Skotnickiego „Grzmota”, studenta uniwersytetu w Liège w Belgii Janusza Głuchowskiego „Janusza”, studenta politechniki w Gandawie w Belgii Stefana Kuleszę „Hankę” i studenta uniwersytetu w Nancy we Francji Ludwika Skrzyńskiego „Kmicica”. Tylko Głuchowski ma w Strzelcu stopień oficerski, reszta to podoficerowie. „Belina” każdemu na osobności krótko wyjaśnił, na czym polega misja, i zapytał, czy idzie wraz z nim. Żaden nie odmówił.

Piłsudski rozkazał, by do granicy austriacko-rosyjskiej patrol dojechał w ubraniach cywilnych, a dopiero na terenie zaboru carskiego przebrał się w strzeleckie mundury. Ba, ale żaden z jego podwładnych nie miał swego ubrania, od wielu dni wszyscy strzelcy dumnie paradowali w mundurach. „Belina” posłał gońców w miasto, by od znajomych pozbierali co się tylko da. W niedopasowanych garniturach 7 żołnierzy prezentowało się jak banda obwiesiów, ale nikt się tym nie przejmował. Światełko, podoficer broni Strzelca, wyfasował dla każdego z nich długolufowy karabin Mannlichera, bagnet, tornister i zapas amunicji – po 150 nabojów dla każdego śmiałka. Do tego dołożył kilkanaście wiązek dynamitu, puszkę ekrazytu, spłonki i sznur Bickforda do detonowania bomb. Lekarz Strzelca dr Stanisław Rouppert wydał ochotnikom szczodry zapas bandaży, gazy, jodyny, gum do przewiązywania ran oraz wielkie nożyczki chirurgiczne – tak jakby byli co najmniej pododdziałem sanitarnym. Doktor najwyraźniej nie wierzył, że uratują swą skórę.

O 18.00 członkowie patrolu zjawili się w Oleandrach u swego bezpośredniego dowódcy „Beliny”. Przyjął ich wtedy komendant Piłsudski. Jeszcze raz przedstawił im niebezpieczeństwa wyprawy i dał 4 godziny do namysłu.

 – Komendancie, my już raz zdecydowaliśmy się i już nie chcemy się namyślać, bo przez 4 godziny myślenia moglibyśmy tylko osiwieć, a decyzji nie zmienimy – odpowiedział mu Janusz Głuchowski.

Wieczorem „Belina” zarekwirował elegancką bryczkę swojemu koledze uniwersyteckiemu Leonowi Kozłowskiemu, który akurat tego dnia przyjechał do Krakowa z rodzinnego majątku Przybysławice. Do tego wynajął jeszcze krakowską dorożkę.

O 22.00 na Oleandrach odbyła się ostatnia odprawa bojowa patrolu „Beliny”. Prowadził ją szef sztabu Strzelca Kazimierz Sosnkowski.

 – Choć będziecie wisieć, ale za to spełnicie pięknie swój obowiązek żołnierski i historia o tym nie zapomni – pożegnał ich na koniec Sosnkowski.

Po tym wszystkim żołnierze pierwszego patrolu polskiego wojska udali się do Hawełki na wódkę.

Dochodzi godz. 00.30, gdy „Belina” wstaje od stolika i zarządza wymarsz na front. Patrol jedzie w ciemnościach dorożką i bryczką Kozłowskiego w stronę Goszyc. „Belina” zamierza przemknąć w ciemnościach między oddziałami rosyjskimi, przekraść się do Jędrzejowa i bombami dynamitowymi wzbudzić panikę w mieście. To wszystko, o czym może marzyć 7-osobowy patrol.

O 2.00 w nocy wyprawa przekracza granicę austriacko-rosyjską. Carskiej straży granicznej nie widać. Żołnierze zdejmują cywilne ubrania, wkładają mundury, ostrzą tępe bagnety.

O 5.00 bryczka i dorożka zajeżdżają przed dwór w Goszycach, należący do Zofii Zawiszanki, członkini Drużyn Strzeleckich z Krakowa. Pani Zofia informuje, że Rosjanie cofnęli się znad granicy na wschód, zaprasza na śniadanie. Służba dworska zmienia konie u bryczki i dorożki. „Belina” wysyła gospodynię przez granicę do Krakowa z meldunkiem do Piłsudskiego, a swym żołnierzom daje rozkaz ponownego przebrania się w cywilne ciuchy. Potem poleca goszyckiej służbie rozpuszczać wieści, że jego oddział to tylko szpica dużych sił Strzelca maszerujących z Krakowa na Jędrzejów.

W Działoszycach patrol natrafia na rosyjskiego strażnika granicznego pilnującego kilku kawaleryjskich koni przed Urzędem Gminnym. Mannlichery leżą na dnie bryczki i dorożki, przykryte kocami i szmatami. Zanim strzelcy zdążyliby je wyciągnąć, strażnik mógłby postrzelić któregoś z nich. „Belina” i „Bończa” ściskają w kieszeniach swoje prywatne pistolety Browning. Strażnik patrzy uważnie na dziwną wyprawę jeszcze dziwniej odzianych młodych mężczyzn i szybko, rozsądnie odwraca głowę.

Patrol rusza dalej, na Jędrzejów. 10 km przed miastem beliniacy spotykają uciekających cywilów, którzy opowiadają, że żydowscy handlarze przywieźli już do Jędrzejowa wieść o wielkich siłach Strzelca idących na miasto. Przerażony rosyjski komendant rozpuścił niemal 4 tys. polskich rezerwistów i czym prędzej czmychnął podwodami, wraz z całą żandarmerią i wojskiem, do Kielc.

Zadowolony „Belina” uznaje, że zadanie rozbicia rosyjskiej administracji w Jędrzejowie wykonał. A że za pomocą plotki, a nie bomb dynamitowych, to tym lepiej. Zarządza odwrót na Słomniki.

Gdy bryczka i dorożka docierają pod Słomniki, robi się już ciemno. „Belina” wysyła bryczką, udających okolicznych ziemian, „Janusza” i „Bończę” na rozpoznanie. Wracają szybko. Udało im się przejechać przez rynek, na którym sposobiła się do wymarszu kompania piechoty rosyjskiej straży granicznej, i wyłgać się patrolowi Kozaków, który ich zatrzymał do kontroli. „Belina” postanawia zaatakować carskich pograniczników bombami dynamitowymi z zasadzki na drodze do Jędrzejowa. To szaleństwo, Rosjan jest zbyt wielu. Gdy jednak beliniacy przystępują do montowania bomb, okazuje się, że po drodze zgubili zapalniki.

Patrol cofa się pod wieś Prędocin. Tam w zbożu żołnierze drzemią do świtu. „Belina” znów wysyła bryczkę z „Januszem” i „Bończą” na zwiady. Po powrocie meldują oni, że w Prędocinie stacjonuje szwadron rosyjskich pograniczników, którzy już wiedzą o polskim patrolu. „Belina” z ułańską fantazją wydaje komendę „Bagnet na broń! Tyralierą marsz!”.

7 strzelców maszeruje mikroskopijną tyralierą przez złociste zboże w stronę Prędocina. Gdy dochodzą do wioski, stojący przed kościołem w promieniach wschodzącego słońca proboszcz ks. Wiadrowski błogosławi ich znakiem krzyża. Rosjan już nie ma, uszli pod osłoną nocy.

 „Belina” wycofuje swój patrol w kierunku Krakowa. Po drodze, w majątku ziemskim Skrzeszowice, brat właściciela Edward Kleszczyński przyłącza się do beliniaków. Wychodząc ze Skrzeszowic, „Belina” rekwiruje 5 koni z siodłami. Dzięki temu jego patrol staje się pierwszym, od 60 lat, oddziałem polskiej kawalerii.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

31 lipca 1914 roku do dzień zabójstwa francuskiego socjalisty Jean’a Jaures’a. Postać tę przypomina dziś W. Kalicki:

To kolejna ciężka, zła noc. Europie lada chwila grozi wielka wojna. Gdy przed miesiącem młodociany Serb Gavrilo Princip zamordował w Sarajewie austro-węgierskiego następcę tronu arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żonę, zrazu wydawało się, że wywołany zamachem kryzys polityczny uda się opanować. Po kilku nerwowych dniach politycy i ambasadorowie najważniejszych mocarstw wyjechali na wakacje, niemiecki cesarz Wilhelm II wypłynął w długi morski rejs. Ale Wiedeń parł do konfrontacji. Austro-węgierskie ultimatum przedstawione rządowi Serbii, który zresztą zamachu nie popierał, było na dobrą sprawę nie do przyjęcia. Polubowną odpowiedź Belgradu władze CK monarchii uznały za niedostateczną i przed czterema dniami wypowiedziały Serbii wojnę. Potyczki pod Belgradem to jeszcze nie konflikt powszechny, ale w gabinetach europejskich polityków coraz częściej mówi się o konieczności wielkiej wojny.

Do wymarszu w pole prą dowódcy większości europejskich armii. Co gorsza, próbują na własną rękę politykować. Nad ranem szef niemieckiego sztabu generalnego von Moltke wysyła telegram do szefa sztabu austro-węgierskiego hrabiego von Hoetzendorfa, w którym domaga się natychmiastowej mobilizacji przeciw Rosji i odrzucenia planu pokojowej mediacji ogłoszonego przez brytyjskiego ministra spraw zagranicznych sir Edwarda Greya!

W Paryżu przywódca francuskich socjalistów Jean Jaurès budzi się wyjątkowo wcześnie. Po śniadaniu czyta gazety. Zaczyna od „L’Humanité”, w której codziennie publikuje polityczny artykuł. W ostatnich dniach pisuje prawie wyłącznie o groźbie wojny. Jaurès jest płomiennym obrońcą pokoju, najgłośniejszym pacyfistą we Francji i w międzynarodowym ruchu socjalistycznym. Przed dwoma tygodniami usiłował przeforsować uchwałę zobowiązującą socjalistów wszystkich krajów europejskich do zorganizowania jednoczesnego strajku generalnego w proteście przeciw wojnie. Wobec oporu socjaldemokratów austriackich i niemieckich domaga się ostatnio, by chociaż frakcje socjalistyczne w parlamentach głosowały przeciw kredytom wojennym.

Francuska prawica nienawidzi Jaurèsa. Nacjonalistyczne gazety wyzywają go od sprzedawczyków i niemieckich agentów. Przed dwoma tygodniami „Paris-Midi” pisał: „Czy nie uważacie, że generał, który w przededniu wojny da rozkaz kapralowi i czterem żołnierzom postawić przed ścianą obywatela Jaurèsa, aby wpakować mu do głowy trochę ołowiu, wypełni jedynie swój podstawowy obowiązek?”.

Po śniadaniu Jaurès przegląda w „L’Humanité” swój dzisiejszy komentarz Konieczna zimna krew. Napisał go po wczorajszej poufnej konsultacji z premierem Francji René Vivianim, który przekonywał go o pokojowych intencjach rządu. Jaurès nawołuje w artykule do przyjęcia propozycji brytyjskiego ministra sir Edwarda Greya, by zlokalizować walki austriacko-serbskie, zaś konflikt Wiednia z Belgradem oddać przed Trybunał Międzynarodowy w Hadze. To rozsądne, ale lektura kolejnych artykułów pokazuje, że mało realne. Gazety pełne są relacji o wojennych przygotowaniach kolejnych rządów europejskich.

Ok. 9.00 Jaurèsa odwiedza przyjaciel, Lèvy—Bruhl. Długo dyskutują o sytuacji politycznej i dochodzą do wniosku, że inicjatywa pokojowa sir Edwarda Greya to za mało – potrzeba wspólnej akcji mediacyjnej Anglii i Francji. Jaurès chce jeszcze dziś przekonać do tego pomysłu premiera Vivianiego. Nie wie, że właśnie w tej chwili rząd Austro-Węgier ogłasza powszechną mobilizację.

W Berlinie tymczasem kanclerz Bethmann-Hollweg, który nie ma pojęcia o nocnym telegramie szefa niemieckiego sztabu generalnego, podjudzającym austriackich wojskowych do wojny europejskiej, wysyła do Wiednia telegram wzywający do rozsądku i unikania ryzyka wojny. Austriacy odpowiadają, że walk z Serbią nie przerwą. O 14.00 ukazuje się w Berlinie nadzwyczajny dodatek do „Berliner Lokal-Anzeiger”, gazety kojarzonej z niemieckim rządem, który donosi o niemieckiej mobilizacji. Rząd ogłasza, że to kaczka dziennikarska i nakazuje konfiskatę pisma, ale wiadomość idzie w świat. Dociera też do Rosji. Car Mikołaj II ustępuje przed żądaniami armii i wbrew opinii swego ministra spraw zagranicznych ogłasza powszechną mobilizację. Niemcy natychmiast wprowadzają stan zagrożenia wojennego. Pokoju ocalić się już nie da.

W Paryżu Jaurès ok. 14.30 dociera do Izby Deputowanych. W pustych kuluarach spotyka kilku socjalistycznych deputowanych. Wymieniają się informacjami. Na chwilę wpada minister marynarki Victor Augagneur z wiadomością, że wojna jest nieuchronna. Po nim w kuluarach zjawia się minister spraw wewnętrznych Malvy. Podchodzi do grupki socjalistów i potwierdza najgorsze – wielka wojna jest przesądzona. Jaurès kipi z oburzenia. Głośno peroruje, że gdyby francuski rząd nie słuchał wojennych podszeptów ambasadora Rosji Izwolskiego, a od razu poparł inicjatywę brytyjskiego ministra spraw zagranicznych, pokój można było uratować. Mimo wszystko nie traci nadziei. Oznajmia swym kolegom, że ma jeszcze jeden pomysł, który zapobiegnie wojnie, i musi go natychmiast przedstawić premierowi. Prosi, by pojechali z nim na Quai d’Orsay, do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie przebywa Viviani. W kuluarach ministerstwa Jaurès nieoczekiwanie dostrzega carskiego ambasadora Izwolskiego i krzyczy na całe gardło: „To ta kanalia Izwolski! To on przyspieszył wybuch wojny!”.

Premier konferuje z ambasadorem niemieckim i wobec tego socjalistów przyjmuje podsekretarz stanu Abel Ferry. Wysłuchuje z uwagą żądań Jaurèsa, by premier Viviani natychmiast z całą stanowczością poparł pokojowe starania Londynu, i nieoczekiwanie oświadcza: „Jaka szkoda, panie Jaurès, że nie jest pan wśród nas, żeby nam pomóc swą radą w tak dramatycznych chwilach”.

Ok. 20.00 Jaurès reflektuje się, że już najwyższa pora napisać swój codzienny artykuł do „L’Humanité”. Jedzie do redakcji, zasiada do pracy, ale nie może się skupić. Nagle oświadcza redaktorom, że wkrótce napisze coś takiego jak słynne Oskarżam Emila Zoli w sprawie Dreyfusa i napiętnuje wszystkich odpowiedzialnych za wybuch wojny. Koledzy uspokajają rozgorączkowanego Jaurèsa – już późno, pora coś zjeść. Idą do pobliskiego baru Croissant. Jest duszno. Jaurès siada na kanapie między redakcyjnymi kolegami, Philippem Landrieu i Pierre’em Renaudelem, plecami do otwartego, przysłoniętego firanką okna. Dosiadają się kolejni redaktorzy. O 21.40 do stolika podchodzi młody socjalistyczny dziennikarz René Dolie. Rozmawia z Jaurèsem, pokazuje mu fotografię swej córeczki. Ten wpatruje się w zdjęcie, uśmiecha się. Ktoś z zewnątrz odsuwa firankę i przystawia do głowy Jaurèsa rewolwer. Huk wystrzału, zaraz drugi. Jaurès zastyga i powoli przewraca się na lewy bok. Wybucha nieopisany zamęt. Wreszcie redaktorzy „L’Humanité” kładą Jaurèsa na zestawionych stolikach. Między srebrnymi puklami włosów płynie strumyk krwi, ale wydaje się, że ofiara oddycha. Nadbiega jakiś lekarz i po chwili stwierdza zgon.

Przechodnie zatrzymują zabójcę. Po paru minutach przybywa policja. Aresztuje mordercę i otacza bar kordonem. Wokół Croissanta błyskawicznie rośnie tłum paryżan wykrzykujących: „Jaurès zabity!”. Nadjeżdża konny ambulans. Woźnica ustawia go tyłem do drzwi baru. Po chwili wychodzi czterech sanitariuszy z noszami. Zwłoki Jaurèsa nakryte są obrusem z baru. Tłum rozstępuje się, tworząc żałobny szpaler. Gdy ambulans otoczony przez policjantów na rowerach rusza, tłum krzyczy: „Niech żyje Jaurès! Niech żyje Jaurès!”.

Na posterunku policjanci przesłuchują zabójcę. Chętnie odpowiada na pytania. Nazywa się Raoul Villain, ma 29 lat, pochodzi z Reims. Jest zwolennikiem nacjonalistycznej organizacji domagającej się odebrania Niemcom utraconych Alzacji i Lotaryngii. W prasie nacjonalistycznej od pewnego czasu czytywał artykuły o wrogu ojczyzny, niemieckim agencie Jeanie Jaurèsie. „Ponieważ zbliża się wojna – opowiada nie bez dumy Villain – postanowiłem uwolnić ojczyznę od zdrajcy, pożyczyłem od kolegi rewolwer i przyjechałem do Paryża zastrzelić Jaurèsa. Spełniłem tylko swój patriotyczny obowiązek” – dodaje zadowolony.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

Dziś, 30 lipca przypominany wydarzenie z 1936 roku, które tak oto opisał W. Kalicki:

Po płaskiej wyniosłości Kępy Oksywskiej pod Gdynią powoli toczy się wojskowa ciężarówka. Na pace siedzą podchorąży i 10 żołnierzy, oficer zaś zajmuje miejsce obok kierowcy. Dowodzący plutonem por. Rybicki wydaje rozkaz zatrzymania się. Niewielka łąka jest, jak na niekorzystne warunki terenowe na Kępie, w miarę przyzwoicie zasłonięta od wiatru.

Dochodzi 9.00. Żołnierze sprawnie wyładowują wielką stertę nagumowanego płótna. To czasza wojskowego balonu obserwacyjnego o pojemności 900 m sześc. Tkanina balonu uszczelniona jest gumą. Niedawno w Polsce opatentowano nowatorską technologię gumowania, dzięki której balonowa powłoka jest szczelniejsza i lżejsza od powłok identycznych rozmiarów wytwarzanych w innych krajach. Polska jest dziś prawdziwym potentatem w produkcji balonów sportowych.

Por. Rybicki uważnie lustruje przez lornetkę niebo. Rano dostał od przełożonych z dowództwa Marynarki Wojennej rozkaz przeprowadzenia ćwiczebnej obserwacji akwenu Zatoki Puckiej. Kłopot w tym, że w tych dniach niebo nad Polską jest tak wrogie lotnikom jak właściwie nigdy dotąd.

Przed dwoma dniami, o godz. 13.00, w Pomorze uderzył straszliwy huragan połączony z ulewnymi deszczami i potężnym gradobiciem. W Chełmży woda zalała część miasta i niemal wszystkie piwnice w domach w centrum. W Grzywnie nieopodal Torunia trąba powietrza uniosła w górę i rozerwała na strzępy wiejską chałupę. Na szczęście nikogo wtedy w środku nie było. Natomiast w Rychnowie, gdzie trąba także wyrwała z posad chłopski dom, zginęła gotująca obiad kobieta.

Huragan obalił tysiące drzew. W powiecie toruńskim ponad 300 domów zostało zniszczonych lub poważnie uszkodzonych. W Łążynie zawalił się kościół, w Dębinie z kościoła zostały tylko mury. Ogromne straty ponieśli rolnicy. Grad wielkości kurzego jajka zniszczył sady, wbił w ziemię zboża, powybijał okna w setkach domostw. Lekarze udzielili pomocy blisko 200 poranionym przez grad, kilkanaście osób trafiło do szpitali. Od uderzeń pioruna zginęła jedna osoba, cztery zostały ciężko poparzone.

Huragan zdemolował przedwczoraj także Wolne Miasto Gdańsk.

Wczoraj huragany targały niemal całą Polską. Na Łemkowszczyźnie niebywałe oberwanie chmury zatopiło trzy wioski. Na rzece Ropie w ciągu trzech godzin poziom wody poniósł się o ponad 3 m. W Piotrkowie Trybunalskim wichura zerwała kilkanaście dachów, od uderzeń piorunów wybuchły trzy groźne pożary. W Częstochowie huragan zerwał kilkadziesiąt dachów, zaś grad, znów wielkości kurzego jaja, pokaleczył kilkanaście osób i wybił ponad 500 szyb. W Kielcach przez cały dzień temperatura przekraczała 40 stopni w cieniu, w nocy zaś oberwanie chmur zamieniło ulice miasta w rwące strumienie o głębokości 0,5 m. Woda zalała piwnice w setkach domów. Pioruny spowodowały kilka poważnych pożarów, zniszczyły linie energetyczne i trakcji tramwajowej.

Tam gdzie nie uderzyły jeszcze huragany i burze, temperatury sięgają 40 stopni, w wilgotnym powietrzu zaś panuje złowróżbna, lepka cisza.

To stanowczo nie są okoliczności do lotów balonem, nawet na uwięzi.

Wszyscy polscy baloniarze, cywilni i wojskowi, mają w pamięci tragedię podczas międzynarodowych zawodów balonowych o Puchar Gordon-Bennetta w roku 1923. Od uderzeń piorunów spłonęły wtedy w powietrzu trzy balony, pięciu pilotów zginęło, jeden został ciężko ranny.

A przecież balony wojskowe napełniane są nie gazem świetlnym, jak balony sportowe, lecz o wiele bardziej palnym, wybuchowym wręcz wodorem.

Ale rozkaz to rozkaz. Zresztą teraz wszyscy baloniarze obowiązkowo wyposażeni są w spadochrony, mają więc wielką szansę, by nawet w razie największych kłopotów uratować życie.

Por. Rybicki poleca napełnić czaszę. Żołnierze sprawnie mocują linę cumowniczą do podwozia ciężarówki, podłączają przewody gazowe i po chwili z ciężkich stalowych butli leżących na pace samochodu zaczyna płynąć gaz.

Czasza nadyma się i wkrótce nad łąką pojawia się zgrabny grzyb balonu. Do gondoli wsiadają dowódca balonu por. Rybicki i jego pilot obserwator, niedawno wezwany z cywila do odbycia ćwiczeń, pchor. rezerwy Wiaderny. Balon powoli unosi się w górę. Zatrzymuje się na wysokości 600 m.

Niebo jest czyste.

Por. Rybicki lustruje przez lornetkę wody zatoki i lasy wokół Gdyni.

Dochodzi południe. Wkrótce koniec ćwiczebnej misji. Na niebie nie widać nic niepokojącego. Ot, raptem jedna jedyna chmura, nieduża, leniwie płynie od strony Gdyni.

Gdy chmura ta przepływa wysoko nad balonem, nagle uderza z niej potężny grom i trafia w czaszę statku powietrznego, która w mgnieniu oka zamienia się w gigantyczną pochodnię. Piorun pędzi po linie cumowniczej dalej, w dół. Uderza w ciężarówkę. Jedenastu żołnierzy odrzuca na bok jak piłki. Wszyscy są poparzeni, ogłuszeni. Samochód staje w płomieniach. Siedzący w szoferce kierowca szer. Kojtek, rażony piorunem, ciężko poparzony, nie ma sił, by wydostać się na zewnątrz. Gdy ogłuszeni żołnierze wreszcie dochodzą do siebie, Kojtek zwija się w płomieniach. Wyciągają kolegę, gaszą płonące ubranie, ale jego stan jest beznadziejny.

Z gondoli balonu nie od razu widać płomienie najpierw ogarniające górę powłoki, ale charakterystyczny huk gwałtownie spalającego się wodoru nie pozostawia wątpliwości.

 – Skacz! – krzyczy porucznik do podchorążego.

W tej chwili płomienie ogarniają czaszę balonu. Zdenerwowany podchorąży, zamiast skoczyć i dopiero w powietrzu pociągnąć za rączkę wyzwalającą spadochron, pociąga ją natychmiast, stojąc jeszcze w gondoli. Z tornistra wypada mu część spadochronu, służąca do wyciągnięcia, podczas swobodnego spadania skoczka, całej płachty. Por. Rybicki nie traci zimnej krwi. Nie bacząc na huczące nad głową płomienie, na paraliżujący żar, drżącymi rękami przepisowo składa rozwiniętą część płachty spadochronu podchorążego. Płonie cała czasza, balon coraz szybciej opada w dół. Nie ma ani sekundy do stracenia. Porucznik nie ma czasu, by włożyć złożoną część spadochronu do tornistra podchorążego – wkłada mu ją pod pachę i krzyczy, by skakał.

Patrzy, jak pchor. Wiaderny wspina się na burtę kosza i rzuca się w dół. Zaraz potem sam skacze między linami łączącymi kosz z czaszą balonu. Por. Rybicki leci w powietrzu, ale nie przestaje myśleć o podwładnym. Wykręca się w górę i z przerażeniem widzi, że podchorąży zaplątał się w linki podtrzymujące gondolę.

Porucznik nie może mu już pomóc. Ziemia jest coraz bliżej. Sięga na prawe ramię po rączkę spadochronu. Ale rączki nie ma na regulaminowym miejscu. Co się dzieje!?? Por. Rybicki, spadając jak kamień w dół, stara się myśleć chłodno, logicznie. Sabotaż? Nie, raczej niechlujstwo składających spadochron. Jeśli jednak pomylili się, to rączka powinna być przecież widoczna. Tylko gdzie? Na drugim ramieniu! I jest!!!

Rybicki szarpie ją i w odpowiedzi czuje potężne szarpnięcie otwierającego się spadochronu. Wiatr przez chwilę znosi go nad morze, ale potem spycha na łąki.

Niedaleko od niego o ziemię uderza płonący balon z uwięzionym pod kulą płomieni podchorążym.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

Niedoceniony za życia, zyskał sławę po śmierci, ale za jaką cenę? 29 lipca 1890 roku to dzień śmierci Vincenta van Gogh’a. Przypominany dziś postać słynnego holenderskiego malarza za sprawą W. Kalickiego:

Polowe łóżko i krzesło zajmują całą przestrzeń. Bielona wapnem izba na poddaszu jest tak wąska, że przypomina celę. Wrażenie to pogłębia małe, skośne okienko. Ale to pokój gościnny w kawiarni Gustave’a Ravoux w Auvers-sur-Oise. Na łóżku, oparty o poduszki, w na wpół leżącej pozycji spoczywa nieruchomo niewysoki rudawy mężczyzna z krótką brodą. Słychać kroki na schodkach. Do pokoju wchodzi szczupły mężczyzna o wymizerowanej, zdradzającej chorobę i wielkie zmęczenie twarzy. Obejmuje czule leżącego, całuje go w policzki. Płacze.

 „Nie płacz, zrobiłem to dla dobra nas wszystkich” – mówi cicho rudzielec.

Zrobił to poprzedniego popołudnia. Vincent van Gogh, 37-letni malarz, wynajmujący mansardę w domu państwa Ravoux, wyszedł tego dnia wcześnie. Zawsze wstawał skoro świt i rankiem brał się do pracy przy sztalugach. Popołudniami pracował w tylnej sali oberży, udostępnionej mu przez pana Ravoux na atelier. Tej niedzieli był jednak zaproszony na wczesne popołudnie na rodzinny obiad u państwa Ravoux.

Mimo to van Gogh po południu wyszedł z oberży ze sztalugami pod pachą. Ustawił je przy stogu siana, na polu za zamkiem. Spacerował w lipcowej spiekocie po okolicznych polach. Mówił do siebie. Jednemu z wieśniaków zdawało się, że mijając malarza, usłyszał: „Nie, to niemożliwe, niemożliwe!”. Późnym popołudniem wyciągnął rewolwer. Dał mu go oberżysta, bo van Gogh usilnie prosił go, że chce sobie postrzelać do wron.

Holender przyłożył lufę do piersi i pociągnął za spust. Upadł, ale nie stracił przytomności. Żył. Pocisk przeszedł poniżej serca. Właściwie nie wiadomo, dlaczego po raz drugi nie pociągnął za spust. Na pewno nie chciał żyć, ratować się. Raczej poczucie niemocy, bezsensu, braku nadziei, niechęci do samego siebie, które od kilku dni zatruwało van Gogha, nie pozwoliło mu unieść lufy raz jeszcze.

Po dłuższej chwili poczuł, że może się ruszać. Wstał i powoli, krok za krokiem, ruszył w stronę rynku. Po drodze trzykrotnie tracił siły, przewracał się, ale wstawał i szedł dalej.

Państwo Ravoux czekali na niego z obiadem, ale w końcu zasiedli sami do stołu. Gdy trzymając się za bok, pojawił się na rynku, przy którym stała ich kawiarnia, gospodarze siedzieli przed domem. Minął ich bez słowa, wszedł do kawiarni i po schodach poczłapał na mansardę, do swej klitki. Pani Ravoux zauważyła, że z Holendrem jest coś nie tak, i wysłała męża w ślad za nim. Może chory?

Van Gogh nie odpowiedział na pukanie. Gospodarz usłyszał jego głośne jęki i wszedł bez zaproszenia. Van Gogh leżał zakrwawiony na łóżku, z twarzą przy ścianie. Na natarczywe pytania oberżysty odpowiedział z irytacją, że chciał się zabić, ale niestety, chybił. Oberżysta pobiegł do miejscowego lekarza doktora Mazery. Doktor zjawił się bez zwłoki, założył opatrunek. Van Gogh poprosił, by sprowadzono jego dobrego znajomego doktora Gachet. Ale Gachet był nad rzeką na rybach – w pokoju rannego zjawił się dopiero o 21.00.

Zbadał van Gogha i skonstatował, że rana jest poważna. Pocieszał malarza, ale ten najwyraźniej nie oczekiwał słów otuchy. „Ach, tak? Znowu więc będę musiał to powtórzyć” – mruknął i poprosił o fajkę i tytoń. Doktor chciał natychmiast wzywać z Paryża brata Vincenta Thea. Van Gogh odmówił podania adresu.

Obaj lekarze po naradzie postanowili nie wyjmować kuli. Uznali, że to zbyt niebezpieczne.

W nocy Vincent van Gogh nie spał. Leżał nieruchomo, nie zważając na czuwającego przy łóżku syna doktora Gachet. Palił fajkę. Milczał.

Rankiem zjawiają się policjanci. Oznajmiają, że prowadzą dochodzenie w sprawie użycia broni. Malarz zbywa ich opryskliwie: „To nikogo nie obchodzi!”. W końcu strzelał do siebie.

Dr Gachet pisze list do Thea i młody holenderski malarz Anton Hirsing, mieszkający w Auvers, jedzie z nim do paryskiej galerii, w której pracuje Theo. Szczęśliwie brat Vincenta tego dnia w południe wrócił do Paryża z Amsterdamu. Na wieść o nieszczęściu rzuca wszystko i oto jest w klitce Vincenta.

Stara się pocieszać rannego brata, jak zawsze być dla niego opoką w świecie zmiennym i często nieprzyjaznym.

Vincent od dzieciństwa z trudem przystosowywał się do społecznych rygorów i konwencji. Długo szukał swego miejsca w życiu. W młodości uważał, że jako syn pastora powinien zostać wychowawcą, potem bezskutecznie próbował zostać kaznodzieją misyjnym. Z poświęceniem otaczał opieką biednych i pokrzywdzonych. Niezrozumiany przez otoczenie i najbliższych, daremnie łaknący bliskości, miłości, przyjaźni, odtrącany przez kobiety, które obdarzał uczuciem, znalazł się na społecznym marginesie. Stracił stałą pracę w firmie handlującej sztuką, na pewien czas związał się z ciężarną kobietą lekkich obyczajów. Ukojenie znalazł w sztuce.

Skupiony, samotny, odkrywał w swych płótnach szlaki i krainy, których inni malarze nie przeczuwali nawet. Pracował zajadle, niesamowicie intensywnie. W Auvers malował więcej niż jeden obraz dziennie – w ciągu 10 lat pracy stworzył ponad 800 dzieł. Jego twórczość doceniali jedynie brat i nieliczni z przyjaciół. Po spowodowanym załamaniem nerwowym pobycie w zakładzie psychiatrycznym w St. Rémy van Gogh pozostawił tam mnóstwo swoich prac. Większość posłużyła synowi tamtejszego lekarza dr. Peyrona za tarcze, do których strzelał z dubeltówki. Także zegarmistrz Vanel lubił sobie postrzelać do płócien van Gogha. A miejscowy fotograf pracowicie zeskrobywał farbę z olejów van Gogha, by zyskać darmowe płótna dla własnych malowideł.

Do dziś Vincent sprzedał tylko jedno płótno – przepiękną Czerwoną winnicę w Arles, którą kupiła Anna Bloch, siostra belgijskiego malarza Eugène’a Blocha. Nie miał nigdy środków do życia. Od dawna utrzymuje go comiesięcznymi przekazami w wysokości 150 franków brat Theo.

Namiętne pragnienie życia na osobności i jednocześnie bliskości innych ludzi, pragnienie pogodzenia się ze światem poprzez swoją twórczość, wyrzuty sumienia, że zmusza ukochanego brata do utrzymywania go, gorycz niedocenienia nasilały psychiczne kłopoty Vincenta. Ataki splecionych w niemożliwym do rozsupłania węźle melancholii, depresji, szaleństwa, autoagresji zmuszały go do podejmowania kuracji, także w zakładach zamkniętych. Po ostatniej, w St. Rémy, wyjechał do Auvers, by pod okiem dr. Gachet, lekarza, erudyty, artysty amatora i melancholika w jednej osobie, dochodzić do siebie. Van Gogh ocenił go jako drugiego, po nim samym, osobnika muśniętego miękkim skrzydłem szaleństwa, ale bardzo polubił.

Szczęśliwe dni w Auvers przerwane zostały wieściami o chorobie i kłopotach w pracy brata, zapewne także i jakimś nieostrożnym wyrzutem ze strony Thea podczas ostatniej rozmowy w Paryżu. Egzystencjalne cierpienie, wzmocnione poczuciem winy wobec brata, ostatnio borykającego się z chorobami żony i małego synka, także z własnymi niedomaganiami, stało się nie do zniesienia.

Vincent pali fajkę i cichym głosem rozmawia po holendersku z Theo. Robi się późno. Theo w nocy schodzi do kawiarni na kolację. Pisze list do żony, która pozostała z synkiem w Amsterdamie: „Dziś rano holenderski malarz, który też mieszka w Auvers, przyniósł mi list od doktora Gachet ze złymi wiadomościami dotyczącymi Vincenta i z prośbą, abym przyjechał. Rzuciłem wszystko i zjawiłem się, znalazłem go w stanie trochę lepszym, niż się spodziewałem. Nie będę pisał szczegółów, są zbyt smutne, musisz jednak wiedzieć, że jego życiu zagraża niebezpieczeństwo. […] Był zadowolony, że się zjawiłem, jesteśmy razem cały czas… Biedak, nie zaznał wiele szczęścia i stracił już wszelkie złudzenia. Przygniata go zbyt wielki ciężar, jest tak samotny. Często pyta o Ciebie i dziecko, mówi, że nie możesz sobie wyobrazić, ile w życiu jest smutku. Ach, gdybyśmy mogli dać mu nowej otuchy do życia! Nie niepokój się za bardzo; bywał już wcześniej w sytuacji równie beznadziejnej, jego silna konstytucja wyprowadzała lekarzy w pole”.

Mija północ. Theo nie odstępuje łóżka Vincenta. Pociesza brata, że rano może ujrzy go w lepszym stanie. Vincent odpowiada: „Smutek trwać będzie zawsze. Tak bardzo chciałbym odejść”. Parę chwil później zaczyna się dusić. Fajka upada na pościel. Agonia nie trwa nawet minuty. Wykrwawiony Vincent gaśnie cicho, spokojnie.

Rankiem dr Gachet rysuje twarz swego podopiecznego na łożu śmierci.

Zgon zostaje zgłoszony w merostwie. Theo i znajomi Vincenta załatwiają druk zawiadomień o pogrzebie nazajutrz, w Auvers. Ale to na nic. Ksiądz odmawia parafialnego karawanu i odprawienia nabożeństwa, bo Vincent był samobójcą. Na szczęście sąsiednia gmina zgadza się na użyczenie karawanu.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

Chciał dobrze, a wyszło jak wyszło. Za politykę „po trupach do celu” zapłacił głową. Mowa o współtwórcy francuskiej rewolucji Maksymilianie Robespierze. 28 lipca 1794 roku to dzień jego końca. Za sprawą W. Kalickiego przypomnijmy tamte wydarzenia:

O północy zaczyna padać, robi się chłodno. Oddziały Komuny, rewolucyjnej, radykalnej władzy ludowej miasta Paryża, stoją na placu obok ratusza w coraz większym nieładzie. Głodni, przemoczeni, zziębnięci żołnierze łamią szyki, wymykają się w ciemność. To źle wróży tym, których mają strzec – Maksymilianowi Robespierre’owi i innym przywódcom jakobinów.

Po ostatnich zwycięskich bitwach z armiami interwentów zewnętrznych rewolucja francuska była bezpieczna, a jednak jakobiński terror nie słabł. W Konwencie urosła w siłę opozycja wobec dyktatury jakobinów i symbolizującego wielki terror Robespierre’a. Przedwczoraj „Nieprzekupny” wyprzedził atak opozycji, ale popełnił fatalny błąd – ogłosił, że zdrajcy są wszędzie, i zapowiedział, ze nazajutrz ogłosi ich nazwiska. Każdy z deputowanych czuł, że może znaleźć się na tej liście – w nagłym wybuchu odwagi zakrzyczeli Robespierre’a i doprowadzili do aresztowania go i jeszcze czterech innych jakobińskich przywódców. „Nieprzekupnego” i kompanów uwolnił jednak sprzyjający mu mer Paryża Jean-Baptiste Fleuriot.

Teraz, pod osłoną oddziałów Komuny, Robespierre i inni jakobini nieudolnie szykują skierowany przeciw Konwentowi zamach stanu.

O drugiej w nocy wieści o rozejściu się obrońców ratusza dochodzą do stale obradującego w Tuileriach Konwentu. Paul François Barras i Leonard Burdon pojmują, że nadarza się wyborna okazja do szturmu ratusza, zanim – być może – jakobińscy przywódcy rano znów zmobilizują obrońców. Na czele niewielkiej grupy żandarmów, piechurów i żołnierzy artylerii, wiernych Konwentowi, Barras i Burdon docierają do ratusza. Plac przed nim jest już pusty, za to w budynku jarzą się setki świec i lamp. Żandarmi Bourdona znają hasło obrońców ratusza, których ulewa przegnała do domów i szynków. W drzwiach podają je strażnikom, wołając przy tym: „Vive Roberspierre!”. Bez kłopotu wchodzą na piętro.

Kaleki Georges Couthon, autor ustawy o wielkim terrorze, niezdarnie rzuca się do ucieczki. Spada ze schodów i paskudnie kaleczy sobie głowę.

Augustyn Robespierre, brat „Nieprzekupnego”, wychodzi przez okno na wąski gzyms, zrzuca płytkie pantofle i usiłuje przejść po gzymsie ponad placem. Stopa ześlizguje się z mokrego tynku. Augustyn spada niemal na głowy tych, którzy po niego przyszli. Łamie kość udową. Żandarmi półżywego z bólu Augusta sadzają na krzesło i niosą do ratusza.

Hanriot wybiera do ucieczki okno od strony podwórza. On też ześlizguje się z wilgotnego gzymsu i spada na bruk podwórza. Żandarmi znajdują go połamanego, leżącego na kupie nawozu.

Philippe-François Le Bas ma przy sobie dwa pistolety. Jeden wręcza Maksymilianowi Robespierre’owi, z drugiego strzela sobie w łeb. Robespierre nieporadnie usiłuje powtórzyć czyn Le Bas, ale miast w skroń strzela sobie w szczękę. Kula miażdży kość szczękową, przeszywa lewy policzek. Nieprzytomny, opada na stół, przy którym jeszcze przed chwilą pracował.

Tylko Antoine Saint-Just obojętnie czeka na aresztowanie.

Robespierre’a, odzianego w elegancki niebieski kaftan, poplamiony teraz krwią, oraz nankinowe spodnie, zwycięzcy układają na stole. Ciężko ranny, odzyskuje przytomność, zasłania prawym ramieniem strzaskaną szczękę. Kilku artylerzystów zdejmuje blat stołu i na nim znosi „Nieprzekupnego” na parter. Przy drzwiach tymczasem zebrał się spory tłum paryżan. Któryś z gapiów bezceremonialnie podnosi ramię rannego, odsłaniając straszliwą ranę twarzy. „Jeszcze niezabity”. „Zupełnie ciepły”. „Trzeba by go wrzucić do rynsztoka”.

Żołnierze niosący na blacie stołu Robespierre’a maszerują w stronę Tuilerii. Jest jeszcze ciemno, gdy do Konwentu docierają wieści o wzięciu ratusza i o ranie Robespierre’a. Przewodniczący toczących się nieprzerwanie obrad pyta deputowanych: „Ten tchórz Robespierre jest tutaj, czy chcecie, aby go wniesiono?”. Odpowiadają mu okrzyki: „Nie! Nie!”. Współprzewodniczący obradom Konwencji Jacques-Alexis Thuriot de la Rosière oświadcza, że wniesienie na salę obrad rannego tyrana byłoby haniebnym popsuciem dnia uczciwej pracy deputowanych – właściwym miejscem dla Robespierre’a jest pl. Rewolucji. To oczywiście metafora – gilotynę przeniesiono niedawno z pl. Rewolucji na przedmieścia.

Kilku żołnierzy i mieszczan ze straży obywatelskiej zabiera blat z rannym i zanosi go do Komitetu Ocalenia Publicznego. Składają Robespierre’a w przedpokoju, na stole, wokół którego natychmiast zbiera się tłum gapiów. Ktoś litościwie podkłada mu pod głowę żołnierski worek z sucharami. Robespierre wydłubuje z ust duże skrzepy krwi utrudniające oddychanie. Kilku ze stojących tuż przy blacie gapiów podaje mu kartki kancelaryjnego papieru. „Nieprzekupny” składa je wpół i osusza nimi z krwi jamę ustną. Uważnie przygląda się otaczającym go ludziom, nie reaguje na zaczepki i obelgi niektórych z nich.

Jakiś urzędnik w geście miłosierdzia rozpina rannemu podwiązki i zsuwa z łydek uciskające żyły białe pończochy.

Przybywa chirurg. Otwiera narzędziami szczękę rannego, stwierdza złamanie lewej kości, usuwa trzy wybite zęby, opatruje ranę, związując bandaż, szarpie na czubku głowy i zostawia obok pacjenta miskę z wodą.

Gdy zainteresowanie gapiów na chwilę słabnie, Robespierre ześlizguje się ze stołu i osuwa na krzesło. Jest śmiertelnie blady. Nie jęczy, nie skarży się, lecz uważnym wzrokiem patrzy na obecnych w sali.

Koło 11.00 żołnierze odnoszą Robespierre’a do więzienia Conciergerie. Jest już tam kilkunastu aresztowanych jego towarzyszy. Kolejni doprowadzani są po południu.

W celi Robespierre domaga się na migi papieru i ołówka, ale strażnik odmawia.

Po południu 19 wyjętych spod prawa jakobinów staje przed Sądem Rewolucyjnym; trzech – bracia Robespierre i Couthon – leży na noszach. Rozprawa jest farsą, podobnie jak wcześniejsze rozprawy wrogów Robespierre’a. Tak naprawdę ogranicza się do odczytania nazwisk podsądnych i oddania ich katu.

O 18.00 skazańcy wyprowadzeni zostają do trzech wózków katowskich, które ruszają w stronę pl. Rewolucji. Na placu na tę okazję znów pośpiesznie zainstalowano gilotynę. Wózki powoli jadą przez śródmieście, pośród nieprzebranych tłumów. Paryski lud raduje się, za to wytworne damy z okien kamienic miotają na głowy milczących, zobojętniałych skazańców najgorsze, rynsztokowe obelgi.

Obok domu małżeństwa Duplay, u których Robespierre wynajmował pokój, wózki zatrzymują się. Ulicznicy tańczą przed drzwiami, ale to spóźniona obelga – Duplay dopiero co zostali aresztowani.

Na przepełnionym pl. Rewolucji pierwszy wchodzi na szafot Couthon. Robespierre ponad pół godziny leży pod szafotem i słucha łoskotu gilotyny i kolejnych, radosnych ryków ludu. „Nieprzekupnego” wnoszą jako przedostatniego. Kat brutalnie zrywa mu opatrunek z głowy. Robespierre straszliwie ryczy z bólu. Pomocnik kata szybko wiąże go do deski, przechyla ją do poziomu. Mistrz zwalnia ostrze.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.