15 stycznia 1919 roku – dzień, w którym w Berlinie zamordowano działaczy socjaldemokratycznych Karla Liebknechta i Różę Luksemburg. Jak do tego doszło? Przypomni W. Kalicki:

Niewielki oddział cywilów z karabinami na ramieniu zatrzymuje się przed reprezentacyjną, zwieńczoną neogotyckimi sterczynami bramą kamienicy przy Mannheimerstrasse 43 w Wilmersdorf, zamożnej, mieszczańskiej dzielnicy Berlina. To członkowie dzielnicowej straży obywatelskiej. Przed kilkoma godzinami któryś z mieszkańców Wilmersdorfu rozpoznał wchodzącego do kamienicy przywódcę niemieckich komunistów dr. Karola Liebknechta.

Dochodzi godz. 21.00, gdy patrol rozpoczyna przeszukanie kamienicy. Po sprawdzeniu parteru żołnierze pukają do mieszkania kupca Markussona na I piętrze. Żądają dokumentów wszystkich obecnych. Fałszywe papiery, które przed chwilą przyniósł komunista Wilhelm Pieck, na nic się dr. Liebknechtowi nie przydają. Strażnicy rozpoznają go i aresztują. Zatrzymują także Piecka.

W innym pokoju zastają ciemnowłosą kobietę. Jej ciemne oczy są podkrążone, ściągnięta twarz zdradza wielkie zmęczenie. Kobieta leży w łóżku i czyta Fausta Goethego. Strażnicy rozpoznają w niej Różę Luksemburg. Kobieta zaprzecza, podaje dokumenty na inne nazwisko. Strażnicy polecają jej ubrać się.

Gdy Róża Luksemburg ubiera się, część strażników wyprowadza dr. Liebknechta z mieszkania i prowadzi go do hotelu Eden, kwatery rządowej Gwardyjskiej Dywizji Kawalerii, która przed tygodniem pacyfikowała robotnicze powstanie w Berlinie.

Przed Edenem strażnicy przekazują dr. Liebknechta wartownikom w stalowych hełmach. Żołnierze prowadzą go do kpt. Waldemara Pabsta, który pyta o nazwisko. Zatrzymany stwierdza stanowczo, że nie jest dr. Karolem Liebknechtem, ale na stole przed Pabstem leży fotografia. Oficerowie nie mają wątpliwości, kto przed nim stoi.

O 9.30 ochotnicy straży dzielnicowej wyprowadzają z mieszkania przy Mannheimerstrasse Różę Luksemburg. Aresztowana zabiera ze sobą małą damską torebkę i kilka książek zawiniętych w papier. Wśród nich jest Faust.

Mieszkanie kupca Markussona było ostatnią kryjówką dwojga sławnych rewolucjonistów. Róża Luksemburg, córka zamożnego żydowskiego kupca drzewnego z Zamościa, już jako uczennica warszawskiego gimnazjum należała do nielegalnego kółka socjalistycznego związanego z partią Proletariat. Potem, jako najważniejszy ideolog Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, zasłynęła zaciekłymi polemikami z niepodległościową orientacją PPS. Dla niej walka o wolną Polskę mogła jedynie odciągnąć polskiego robotnika od udziału w powszechnej rewolucji proletariackiej. Od przełomu wieków związała się z niemieckim ruchem robotniczym. W Socjaldemokratycznej Partii Niemiec uważano ją za jednego z najlepszych mówców politycznych. Ciągle na lewym, rewolucyjnym skrzydle SPD, ciągle w sporze z partyjną prawicą, pisała artykuły, rozprawy teoretyczne, przemawiała. Po wybuchu wojny światowej została skazana na więzienie za propagandę antymilitarystyczną. Wtedy politycznie zbliżyła się do wybitnego działacza lewicy SPD Karola Liebknechta, który jako jedyny poseł w Reichstagu miał odwagę głosować przeciw kredytom wojennym dla cesarskiego rządu.

Przed dwoma miesiącami koniec wojny i upadek cesarstwa otworzył przed Luksemburg i Liebknechtem bramy więzień. Oboje natychmiast zjawili się w Berlinie, oboje rzucili się w wir przygotowań do rewolucji. Ale gdy w Kilonii wybuchła rewolucja marynarzy, w Berlinie prawicowi socjaldemokraci opanowali rady robotnicze i żołnierskie i zapobiegli walkom. Przed dwoma tygodniami Luksemburg i Liebknecht założyli Komunistyczną Partię Niemiec. Tydzień później komuniści próbowali wywołać w Berlinie powstanie, ale socjaldemokratyczny rząd wezwał wojsko, które je szybko i krwawo stłumiło.

Ostatni tydzień Róża Luksemburg i Karol Liebknecht spędzili, ukrywając się w mieszkaniach przyjaciół i pisząc artykuły do komunistycznej „Rote Fahne”. Odrzucili propozycje ucieczki za granicę, choć wywiadowcy policji deptali im po piętach. Nie mieli złudzeń co do swego losu. Na berlińskich murach od kilku dni pojawiały się plakaty podpisane „żołnierze frontowi”, wzywające do rozprawy z komunistami: „Zabijcie ich przywódców! Zabijcie Karola Liebknechta! Wtedy zdobędziecie spokój, pracę i chleb”.

Krótko po 21.30 kpt Pabst melduje swoim zwierzchnikom z dowództwa Gwardyjskiego Korpusu Gwardii o aresztowaniu Liebknechta. Potem wzywa kapitana marynarki Horsta von Plugk-Harttunga, jednego z oficerów pełniących nocną służbę w sztabie dywizji kawalerii. Poleca mu odwieźć dr. Liebknechta do więzienia śledczego w Moabicie i dodaje, że gdyby, co jest właściwie pewne, aresztowany próbował rzucić się do ucieczki, należy go zastrzelić. Kpt. Plugk-Harttung rozkazuje wyznaczyć kilku żołnierzy eskorty i podstawić samochód pod boczne wejście do Edenu, od Kurfuerstendamm. Wraca do pokoju, w którym oficerowie kawalerii przesłuchują Liebknechta. Gdy poleca aresztowanemu, by wyszedł wraz z nim, kpt. Pabst mówi z naciskiem: „Zatem wiecie, jaki to ważny transport. Znacie wasze obowiązki i waszą odpowiedzialność”.

Na parterze gromadzą się hotelowi goście. Wszyscy już wiedzą o aresztowaniu Liebknechta. Tłumek ok. 30 podekscytowanych członków straży dzielnicowej tkwi przed głównym wejściem do hotelu. Eskorta żołnierzy wyprowadza Liebknechta z Edenu wejściem bocznym. Przed drzwiami stoi jedynie szpaler żołnierzy w hełmach i z karabinami. Dr Liebknecht przechodzi przez ten szpaler do samochodu osobowego. Gdy schyla się i zamierza wsiąść, jeden z żołnierzy, strzelec Runge, uderza go kolbą w głowę. Żołnierze wciągają oszołomionego Liebknechta do samochodu. Wsiadają też 3 oficerowie i jeden ze strzelców. Auto natychmiast rusza, ale na stopień wskakuje odziany w długi futrzany płaszcz jeden z ochotników straży Wilmersdorfu, Edwin von Rzewuski. Z całej siły uderza pięścią zakrwawioną głowę dr. Liebknechta i z okrzykiem tryumfu zeskakuje w biegu. Potem z dumą pokazuje zakrwawioną rękę innym ochotnikom straży.

Szofer nie jedzie w kierunku Moabitu, lecz w przeciwnym kierunku, potem zaś skręca w lewo, w nieoświetloną uliczkę Der Grosse Weg nad Neue See, Jeziorem Nowym, w parku Tiergarten. Tam samochód zatrzymuje się. Kierowca twierdzi, że auto zepsuło się. Oficerowie polecają Liebknechtowi wysiąść. Wysiada z trudem, powoli. Kpt. Pflugk-Harttung pyta Liebknechta, czy dojdzie pieszo do nieodległej Charlottenburger Chaussee. Zakrwawiony dr Liebknecht odpowiada, że da radę. Po 20 krokach Pflugk-Harttung strzela mu w głowę z bliskiej odległości. Potem do leżącego oddają po jednym strzale pozostali oficerowie. Kpt. Pflugk-Harttung odwozi zwłoki do kostnicy pogotowia ratunkowego i stwierdza, że to zwłoki nieznanej ofiary znalezionej przez żołnierzy na mieście. Mordercy wracają do Edenu.

Gdy żołnierze wyprowadzają Karola Liebknechta bocznym wyjściem z hotelu, wejściem głównym kilku ochotników straży obywatelskiej wchodzi, prowadząc Różę Luksemburg. Przesłuchuje ją także kpt. Pabst. Na pytanie, czy jest Różą Luksemburg, zatrzymana odpowiada: „Proszę, niech pan sam rozstrzygnie”. Pabst stwierdza, że sądząc z fotografii, Róża Luksemburg to właśnie ona. Luksemburg odpowiada obojętnie: „Jeśli pan tak uważa”. Kpt. Pabst wzywa por. Vogla i chwilę z nim konferuje. Róża Luksemburg nie ma złudzeń, jaki czeka ją los. Ze swojej paczki książek wyjmuje Fausta i zaczyna czytać II część.

Po dłuższej chwili Pabst z wymownym spojrzeniem przekazuje aresztowaną por. Voglowi. Róża Luksemburg kończy lekturę, zabiera torebkę, paczkę książek i schodzi otoczona kilkoma żołnierzami prowadzonymi przez Vogla. Na parterze jeden z oficerów sztabu dywizji kawalerii kpt. Petri krzyczy na jej widok: „Zatłuczcie tę świnię!”. Róża Luksemburg wychodzi przez obrotowe główne drzwi Edenu. Na warcie przed wejściem nadal stoi strzelec Runge, ten sam, który uderzył kolbą Liebknechta. Tłumek ochotników straży obywatelskiej Wilmersdorfu obrzuca aresztowaną wyzwiskami. Runge wyjmuje magazynek, obraca karabin i z pełnego rozmachu uderza Różę Luksemburg w tył głowy. Drugi raz uderza z całej siły w czoło leżącej. Zamierza się trzeci raz, ale strzelec Dreger mówi: „Przestań, wystarczy”. 2 żołnierze wloką bezwładne ciało do samochodu i sadzają na tylnym siedzeniu. Z tłumu strażników obywatelskich znów wyskakuje von Rzewuski w futrzanym płaszczu i znów wskakuje na stopień jadącego samochodu. Tym razem bije pięścią w bezwładną głowę Róży Luksemburg. Po przejechaniu 100 m por. Vogel, który stoi na lewym progu samochodu, wyjmuje pistolet i usiłuje strzelić w głowę Róży Luksemburg. Pistolet jest zabezpieczony i strzał nie pada. Vogel miota się, odbezpiecza broń i strzela ofierze w skroń.

Nad Kanałem Landwehry por. Vogel poleca kierowcy zatrzymać się: „Tu tę Luksemburg wyładujemy”. Z pomocą żołnierza przenosi zwłoki w krzaki. W tym momencie w ciemnościach rozlega się okrzyk: „Stać, bo strzelam!”. Na moście jest wojskowy patrol. Vogel podchodzi do mostu, coś wyjaśnia. Po powrocie poleca 2 swoim żołnierzom wrzucić ciało Róży Luksemburg do kanału.

Gdy druga ekipa morderców wraca do hotelu, oficerowie dyżurni wesoło opijają, jak mówią, załatwienie tych „czerwonych świń”. Z rąk do rąk podają sobie trofeum: pantofel Róży Luksemburg, który zsunął się ze stopy, gdy wleczono ją do samochodu.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

14 stycznia 1858 nieudany zamach na francuskiego cesarza Napoleona III Bonaparte. To wydarzenie przypomina nam dziś W. Kalicki:

Poranne paryskie gazety donoszą, że dziś wieczorem galowe przedstawienie Wilhelma Tella w operze zaszczycą cesarz Napoleon III i jego małżonka cesarzowa Eugenia. Wczesnym wieczorem przed odświętnie udekorowanym gmachem opery zjawia się honorowa asysta: oddział doboszów gwardii oraz szwadron kawalerii w galowych mundurach. Przed wejściem rozwinięto reprezentacyjny czerwony dywan. Pogoda jest piękna, niemal wiosenna i krótko po 19.00 przed operą gęstnieje potężny tłum gapiów. Wśród czekających na przybycie cesarskiej pary jest mnóstwo kobiet i dzieci. Porządku pilnują dziesiątki strażników miejskich. W tłumie uwija się też mnóstwo agentów tajnej policji po cywilnemu, którymi dyskretnie dyryguje komisarz Hyrvoix, dobroduszny, zażywny jegomość wyglądający na karczmarza.

Potężna obstawa policyjna towarzyszy każdemu publicznemu pojawieniu się cesarza, gdyż od 10 lat z okładem rozmaici rewolucjoniści uporczywie organizują nań zamachy. Osobliwie zaś rewolucjoniści włoscy, obwiniający Napoleona III o lekceważenie, wręcz zdradę, włoskich dążeń do wyzwolenia spod dominacji austriackiej i zjednoczenia podzielonego kraju. Polityczni emigranci z Włoch od dawna gromadzili się w Londynie. Tam też powstawały kolejne plany zamachu, jeszcze w czasach gdy dzisiejszy cesarz był prezydentem Francji. Po tzw. spisku Białej Królowej z 1852 roku, rozbitym przez francuską policję, która aresztowała aż 19 zamachowców, przyszedł czas na spisek marsylski: 2 niedoszłych zamachowców ze stowarzyszenia Niewidzialnych skonstruowało z 250 strzelb machinę szybkostrzelną. Francuska policja rozprawiła się na czas z konspiracją marsylską i z kolejnym spiskiem grupy zwanej Hipodromem, która zamierzała zastrzelić cesarza w trakcie wyjazdu na wyścigi konne; skazano później 21 niedoszłych zamachowców.

Przed 2 laty Napoleon III z trudem uniknął śmierci. Niepozorny, 32-letni Włoch Giovanni Pianori, obwiniający cesarza o zdradę włoskich marzeń o niepodległości i zjednoczeniu, starannie przygotował się do zamachu. Porządnie przestudiował tryb życia Napoleona III i odkrył, że codziennie po 16.00 jeździ on konno w towarzystwie adiutanta i stajennego po Polach Elizejskich. Pianori pod obszernym płaszczem ukrył kurtkę innego koloru, a pod kapeluszem kaszkiet i ostrą brzytwę. Po zastrzeleniu cesarza zamierzał podczas ucieczki porzucić płaszcz, kapelusz, błyskawicznie ściąć swą długą brodę i tak zmieniony, zmylić pościg. Strzelił do cesarza 2 razy z pistoletów, ale chybił. Gdy celował z trzeciego pistoletu, obalił go na ziemię agent policji Alessandri, dla swej nieustępliwości zwany Buldogiem. Pianori został zgilotynowany, ale zaraz potem wykryto potężną bombę w wagonie kolejowym, którym cesarz miał pojechać do Tournai. A pół roku temu policja aresztowała Paolo Tibaldiego, Włocha zarabiającego na życie jako optyk. U niego i jego wspólników znaleziono skrzynię pełną sztyletów i pistoletów.

Mimo tych doświadczeń cesarz Napoleon III ostentacyjnie lekceważy zamachowców. Uważa, że ci z bombami i pistoletami nie są groźni, niebezpieczni mogą być tylko ci, którzy atakują sztyletem.

Ale w Anglii kolejny zamachowiec, Felice Orsini, zaprojektował bomby o straszliwej sile rażenia. 39-letni, niezwykle przystojny włoski rewolucjonista, przyjaciel Hercena, nieustraszony, bezwzględny bojownik o wolność swojego kraju, jest znany w całej Europie. Jego życie to pasmo spisków, walk, odsiadek w więzieniach i zuchwałych ucieczek. Walczył w obronie Republiki Rzymskiej. Aresztowany przez Austriaków i uwięziony w twierdzy w Mantui, uciekł dzięki zakochanej w nim damie, która dostarczyła pilnik do przepiłowania krat w oknie celi. Linę długości 30 m, niezbędną do opuszczenia się z więziennej wieży, sam uplótł z prześcieradeł.

Orsini uwierzył, że zabicie Napoleona III wywoła rewolucję we Francji. Rewolucyjny Paryż zaś wedle jego marzeń będzie musiał poprzeć włoską niepodległościową rewolucję. W Londynie Orsini zwerbował Giuseppe Pieriego, byłego żołnierza Legii Cudzoziemskiej i znanego anarchistę w jednej osobie, który dla potrzeb spisku przybrał nazwisko d’Andreas i podawał się odtąd za poddanego niemieckiego. Kolejnego kompana, francuskiego chirurga i dziennikarza Bernarda, karanego w Paryżu za przestępstwa polityczne, znalazł Orsini w jednej z londyńskich kawiarni. Czwarty spiskowiec, Włoch Gomez, też był ongiś żołnierzem Legii Cudzoziemskiej. Teraz w spisku udaje Anglika o nazwisku Swiney. Carlo di Rudio, z patrycjuszowskiej rodziny wydalonej za spiskowanie z Wenecji, przyłączył się do zamachowców z braku pieniędzy. Orsini kupił mu ubranie i kapelusz. Di Rudio przybrał nazwisko Da Silva i podaje się za komiwojażera.

Pewien Anglik nazwiskiem Allsop skontaktował Orsiniego z angielskim inżynierem w Birmingham, który wyprodukował dla niego 10 połówek korpusów bomb. Po skręceniu śrubami i napełnieniu prochem 5 bomb różnych rozmiarów było gotowych do użycia.

Tydzień temu spiskowcy przewieźli swój arsenał przez Brukselę do Francji. Celnikom wyjaśniono, że korpusy bomb to części do prototypowego aparatu gazowego. Policja belgijska rozpoznała jednak Pieriego i zaalarmowała francuską ambasadę, że ten znany anarchista zmierza do Paryża.

W Paryżu Orsini, podając się za angielskiego kupca Thomasa Allsopa, wynajął mieszkanie w domu nr 10 przy ulicy Mont Thabor. Pieri i Di Rudio zatrzymali się w hotelu France et Champagne, Gomez zaś – w hotelu Saxe-Cobourg. W następnych dniach Orsini wysuszył proch, zmontował bomby i ułożył precyzyjny plan zamachu.

Zegar na wieży wybija wpół do dziewiątej. Coraz wyraźniej słychać stukot kopyt. Podniecony tłum faluje, ludzie przeciskają się na siłę w stronę jezdni. Jako pierwsi skręcają w ulicę Le Pelletier konni gwardziści. Prezentują się wspaniale w galowych mundurach, z obnażonymi szablami lśniącymi w blasku iluminacji na gmachu opery i gazowych latarń na chodniku. Za gwardzistami jedzie otwarty powóz z oficerami gwardii, za nim zaś, otoczony przez pluton lansjerów i resztę gwardzistów, zamknięty powóz z parą cesarską.

Napoleon III, wyraźnie zmęczony i senny, milcząc, patrzy na wiwatujące tłumy usiłujące przecisnąć się bliżej powozu. Cesarzowa Eugenia, w białej sukni, z diademem na swych wspaniałych włosach, wygląda prześlicznie. Siedzi wyprostowana, na lewo i na prawo rozdaje skinienia głowy. Cesarskiej parze towarzyszy w powozie gen. Roguet.

Agent tajnej policji Hebert nagle zauważa w tłumie twarz opisaną w tajnym raporcie francuskiego ambasadora w Belgii. Podchodzi do Giuseppe Pieriego, chwyta go i wyciąga z ciżby gapiów. Pieri ma przy sobie pakiet owinięty czarną szmatą. W środku agenci policji znajdują bombę. Z kieszeni Pieriego wyciągają pistolet i sztylet. Jeden z zamachowców jest unieszkodliwiony.

Ani strażnicy, ani też tajni agenci Hyrvoix nie zauważają jednak 3 młodych ludzi, którzy energicznie przepychają się przez tłum w stronę orszaku. Pozostali spiskowcy zajmują miejsca wyznaczone im przez Orsiniego. Obecność kobiet i dzieci na chodniku ich nie wzrusza.

Pierwszy rzuca bombę Antonio Gomez. Jeden z dwóch największych pocisków konstrukcji Orsiniego eksploduje przed cesarskim powozem w chwili, gdy orszak skręca ku wejściu do opery. Potężny wybuch zrywa ze ścian opery iluminację, gasi uliczne lampy gazowe. W ciemnościach słychać przeraźliwe krzyki rannych i kwiczenie koni.

Druga bomba, ciśnięta przez Carla Rudio, eksploduje po lewej stronie powozu. Chwilę później wybucha trzeci pocisk, z tych najmniejszych, rzucony przez Orsiniego pod powóz. Brygadier Alessandri (ten sam, który jako Buldog przed dwoma laty uratował cesarza na Polach Elizejskich) w ciemnościach woła: „Sire! Sire!”. Szarpie drzwiczki cesarskiego powozu. Uszkodzone odłamkami zawiasy rozpadają się i drzwiczki lecą na trotuar. Napoleon III siedzi w dziwnej pozycji, odchylony w tył, w generalskim kapeluszu wciśniętym głęboko na oczy. Nie jest ranny, ma tylko drobne skaleczenie na policzku i na nosie, ale spory odłamek przeszył jego kapelusz na wylot. Cesarzowa jest śmiertelnie blada, białą suknię ma zachlapaną krwią, ale także nie odniosła obrażeń. Na jej sukni jest krew zmasakrowanych lansjerów z eskorty. Gen. Roguet, który siedzi naprzeciw cesarza, broczy z rany szyi.

Po dłuższej chwili ktoś zapala latarnie gazowe. W ich świetle widać, jak straszliwą hekatombę sprawiły bomby Orsiniego. W operze i sąsiednich budynkach wyleciały wszystkie szyby. Wokół powozu leży 8 zabitych. Rannych jest kilkudziesięciu cywilów, w tym 21 kobiet i dzieci, oraz 13 lansjerów, 11 strażników miejskich i 21 policjantów. Przeraźliwie rżą 24 poharatane konie. Jednemu z rumaków zaprzężonych do powozu cesarskiego wybuch urwał łeb.

Brygadier Alessandri, brocząc obficie z 3 ciężkich ran, pomaga wysiąść z powozu cesarzowi, potem Eugenii. Cesarzowa prosi go, by kazał się opatrzyć, ale brygadier odmawia i odprowadza ją w stronę reprezentacyjnego czerwonego dywanu przed wejściem do opery. Ranni i poturbowani lansjerzy, chwiejąc się, tworzą szpaler, by zaoszczędzić Eugenii widoku krwi i zmasakrowanych ciał. Któryś z wojskowych dopytuje się głośno, czy cesarzowa nie jest ranna. „Nie zajmujcie się nami, to jest nasz zawód. Myślcie o rannych” – odpowiada Eugenia. Napoleon spokojnie wydaje rozkazy, by w pierwszej kolejności zbierano rannych.

Nadbiegają pierwsi lekarze. Właściciele pobliskich aptek otwierają je i wydają bandaże. Szefowie policji obawiają się, że w tłumie mogą czaić się kolejni zamachowcy, i nalegają, by cesarska para schroniła się w gmachu opery. Gdy Napoleon III z Eugenią wchodzą do sali, publiczność wstaje z miejsc i wita ich niekończącą się owacją. Cesarzowa w białej sukni poplamionej żołnierską krwią wygląda olśniewająco. Spektakl tak bardzo podoba się parze cesarskiej, że wraca ona do pałacu tuileryjskiego dopiero pół godziny przed północą.

Eksplozje ogłuszają także zamachowców. Odłamek rani Orsiniego w głowę. W ciemnościach, w kłębach prochowego dymu i ogólnym zamęcie nikt nie zauważa, że broczący krwią młody mężczyzna przed chwilą rzucił bombę. Orsini dyskretnie upuszcza na chodnik zawiniątko z drugą bombą i swój zakrwawiony rewolwer. Pełni współczucia gapie odprowadzają rannego do pobliskiej apteki. Po opatrzeniu rany konsekwentnie udający Anglika Orsini każe fiakrowi wieźć się do mieszkania przy ulicy Mont Thabor.

Ogłuszony wybuchem, przerażony potworną masakrą niewinnych gapiów Gomez chowa się do restauracji Broggiego przy operze, znanej z bankietów po spektaklach. Jest w szoku: śmiertelnie blady, przeraźliwie trzęsie się i wygaduje coś bez sensu. Z włoskim akcentem. To budzi podejrzenia obecnych w restauracji, którzy wzywają policjantów. Gomez chowa swój rewolwer pod półką, ale ktoś dostrzega to. Policjanci aresztują go.

Przesłuchiwany tuż po zamachu Pieri szybko przyznaje się, że mieszkał z Rudiem w hotelu France et Champagne. Pół godziny po eksplozjach bomb policja wkracza do hotelu. Do swego pokoju wkrótce potem wraca Rudio, który nie ma pojęcia o wpadce Pieriego. Policja ma w rękach trzeciego zamachowca.

Intensywnie przesłuchiwany jest także Gomez. Utrzymuje, że nazywa się Swiney i jest uczciwym angielskim kupcem handlującym piwem. Aby się uwiarygodnić, podaje nazwę hotelu, w którym się zatrzymał: Saxe-Cobourg. Policja udaje się tam. Ktoś z obsługi przypomina sobie, że pana Swineya niedawno odwoził do hotelu pan Morand, mąż konsjerżki z kamienicy nr 10 przy ulicy Mont Thabor.

Coraz bardziej osaczany podczas przesłuchania Gomez znów usiłuje się uwiarygodnić i znów popełnia błąd. Zeznaje, że jego angielski pryncypał nazywa się Allsop. A właśnie niejaki Allsop wynajmuje mieszkanie w kamienicy Morandów!

O 4.00 policjanci w towarzystwie Moranda wdzierają się do mieszkania wynajmowanego przez owego Allsopa. Wyrwany ze snu, ranny w głowę Orsini przytomnie obstaje, że jest poddanym angielskiej królowej i uczciwym kupcem. Ale komisarze policji są pewni, że mają w ręku zamachowca. Orsini, choć zdaje sobie sprawę, że najpewniej czeka go gilotyna, jest spokojny. Z godnością wychodzi z mieszkania wraz z policjantami.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

12 stycznia 1948 roku w Mińsku za przyczyną Stalina pozbyto się dwóch niewygodnych osób. Zrobiono to w iście sowiecki sposób. W. Kalicki tak opisuje te wydarzenia:

Jest ciemno, mroźnie, porywisty wiatr przenika do kości nielicznych przechodniów. Ulice Mińska białoruskiego są zasypane śniegiem. Samochód osobowy z kolumny transportowej ministerstwa bezpieczeństwa państwowego Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, na cywilnych numerach, zatrzymuje się w ustronnym zaułku, obok 2 czekających mężczyzn. Auto prowadzi po cywilnemu st. lejtn. białoruskiego bezpieczeństwa Borys Aleksiejewicz Krugłow, obok niego siedzi zastępca szefa II Głównego Zarządu MGB płk Fiodor Grigoriewicz Szubnikow. Stojący w śniegu mężczyźni to dyrektor artystyczny Państwowego Teatru Żydowskiego, narodowy artysta ZSRR i przewodniczący Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego Sołomon Michoels oraz Władimir Gołubow-Potapow, teatrolog, członek moskiewskiej organizacji sowieckiego Związku Pisarzy. Obaj mężczyźni wsiadają do auta. Gołubow-Potapow przedstawia Michoelsowi płk. Szubnikowa jako swego przyjaciela inż. Siergiejewa. Szubnikow wylewnie ściska dłoń Michoelsa. Krugłow rusza. Jadą dość długo, poza miasto, czego nieznający Mińska, zabawiany rozmową Michoels nie dostrzega przez oblodzone szyby. Wreszcie auto wjeżdża na obszerną posesję dużej podmiejskiej daczy. „No, jesteśmy na miejscu” – stwierdza Krugłow. Są na miejscu. Nie jest to jednak wiejski dom inż. Siergiejewa, lecz służbowa dacza szefa bezpieczeństwa państwowego Białorusi Ławrientija Fomicza Canawy.

Michoels, urodzony jako Szlojme Wowsi w Dźwińsku na Łotwie, studiował za młodu prawo na uniwersytecie w Piotrogrodzie, ale w 1918 roku porzucił uczelnię i wstąpił do żydowskich warsztatów teatralnych prowadzonych przez Aleksandra Granowskiego, który próbował w sowieckiej Rosji stworzyć narodowy teatr żydowski w języku jidysz. 2 lata później warsztat przeniesiony został do Moskwy, gdzie stał się zaczynem Państwowego Teatru Żydowskiego. Polityka Lenina wspierania mniejszości narodowych w ZSRR pozwoliła w latach 20. na rozwój kultury żydowskiej, w tym i teatru. Michoels w kilka lat stał się gwiazdą teatru w języku jidysz, a jedną z jego ówczesnych najgłośniejszych kreacji była rola mleczarza Tewje w scenicznej adaptacji prozy Szolema Alejchema. W 1928 roku Michoelsa mianowano dyrektorem Teatru Żydowskiego. Jako szef teatru dbał o wystawianie nieznanych dzieł klasyki kultury jidysz i wybitnych przekładów światowych arcydzieł na jidysz.

W drugiej połowie lat 30. kariera i życie Michoelsa były zagrożone. Z jednej strony utrzymywał on bliskie stosunki towarzyskie z wybitnymi przedstawicielami sowieckiej inteligencji – zwłaszcza z Izaakiem Bablem – którzy padli ofiarą wielkiego terroru lat 30. Z drugiej zaś, dwie najwybitniejsze interpretacje sceniczne Szekspira autorstwa Micholsa, Król Lear i Ryszard III, tylko bardzo prymitywne umysłowości mogły interpretować jako apoteozę stalinizmu. W istocie były to przenikliwe studia absolutnej tyranii. Stalin zaś z pewnością nie był dyktatorem prymitywnym, a do sztuki przywiązywał wielkie znaczenie. Wystawiania sztuk Szekspira zabronił.

Michoels przetrwał lata terroru, być może także dlatego że jego brat prof. Wowsi był osobistym lekarzem Stalina.

W latach II wojny światowej Michoels poparł Stalina w walce z faszystowskimi Niemcami; nie miał złudzeń co do losu Żydów pod rządami III Rzeszy. W 1942 roku przyjął nominację na przewodniczącego Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego. Nie przeszkadzało mu, że sekretarzem i szarą eminencją Komitetu został Szachne Epszetejn, funkcjonariusz sowieckiego wywiadu.

W czasie II wojny światowej Komitet wydawał w jidysz gazetę „Ejnikajt”, firmował wydawnictwo żydowskie, zalewał prasę prokomunistyczną na Zachodzie tonami propagandowych artykułów.

W 1943 roku Michoels i jeden z jego zastępców, Fefer, wyjechali w wielką podróż propagandową na Zachód. Odwiedzili Stany Zjednoczone, Meksyk, Kanadę, Wielką Brytanię i Palestynę. Spotkali się z Albertem Einsteinem, Tomaszem Mannem, liderem ruchu syjonistycznego Chaimem Weizmannem.

Złożyli świadectwo o eksterminacji Żydów przez III Rzeszę, przekonując zarazem, że w ZSRR antysemityzm został zupełnie wykorzeniony.

Z tej formy ich aktywności władze sowieckie były zadowolone.

Podświadome wrażenie
Gorzej wypadła ocena działalności Komitetu w samym ZSRR. Michoels dążył bowiem do przekształcenia go w reprezentację społeczności żydowskiej w miejsce zlikwidowanego w latach 30. Jewkomu – komisariatu ds. żydowskich, i Jewsekcii – sekcji żydowskiej partii komunistycznej. Sygnałem, że zaczynają się problemy, stał się zakaz publikacji w Moskwie sztandarowego wydawnictwa Komitetu – Czarnej księgi zbrodni nazistowskich na ludności żydowskiej. Amerykańskie wydanie Czarnej księgi ukazało się w 1946 roku, lecz bez przedmowy Einsteina i mocno ocenzurowane. Wydanie sowieckie, którego redaktorami byli Ilja Erenburg i Wasilij Grossman, nie ukazało się nigdy. Zarzut główny brzmiał: „Czytelnik podświadomie odnosi wrażenie, że Niemcy prowadzili wojnę z ZSRR wyłącznie po to, by zniszczyć Żydów”.

Nie przeszkodziło to jednak w wykorzystywaniu publikacji przez prokuraturę sowiecką podczas procesu norymberskiego.

Innym problemem w relacjach z władzami stała się idea powołania na Krymie autonomicznej republiki żydowskiej. Z błogosławieństwa Mołotowa Michoels i Fefer rozmawiali z przywódcami Żydów amerykańskich. Uzyskali deklarację wsparcia ze strony szefa organizacji pomocowej Joint Jamesa N. Rosenberga, który upatrywał w tym projekcie alternatywę wobec osadnictwa żydowskiego w Palestynie. W połowie lutego 1944 roku Komitet wystąpił do Stalina o utworzenie Żydowskiej SRR na Krymie. Sprawa nie wyszła poza rozmowy gabinetowe, chociaż, jak późnej zeznawali uczestnicy narad, rozdzielono już stanowiska we władzach republiki. Stalin traktował jednak problem instrumentalnie – chciał pomocy od diaspory żydowskiej. „Memoriał krymski” miał natomiast fatalne skutki dla jego autorów – w 1952 roku stał się głównym dowodem na „agenturalną działalność” działaczy Komitetu.

Niezadowolenie władz wywołała również aktywność Michoelsa w sprawie przejawów antysemityzmu na wyzwolonych terenach ZSRR, głównie na Ukrainie i Krymie. Chodziło o politykę kadrową władz oraz sprawę mieszkań. We wrześniu 1945 roku w Kijowie pracownik ministerstwa bezpieczeństwa Ukraińskiej SRR Josif Rozensztejn zastrzelił 2 pijanych czerwonoarmistów, którzy wcześniej go pobili. Jeden z żołnierzy usiłował odzyskać mieszkanie, które jego matka zasiedliła po ewakuowanych na początku wojny mieszkańcach narodowości żydowskiej. Złość wyładował na przypadkowej osobie „o fizjonomii Żyda”.

Zajścia wywołały oburzenie wielu osób narodowości żydowskiej. W piśmie do Stalina i Berii kilku byłych żołnierzy frontowych oskarżyło miejscowe władze partyjne o wzniecanie nastrojów antysemickich i realizację polityki usuwania osób narodowości żydowskiej z urzędów. Ówczesny I sekretarz partii na Ukrainie Nikita Chruszczow tłumaczył się, że nie jest nacjonalistą ukraińskim i nie realizuje antysemickiej polityki. Stalin mu nie uwierzył. W marcu 1947 roku szefem komunistów ukraińskich został Łazar Kaganowicz, który pełnił tę funkcję w czasie Wielkiego Głodu. Teraz miał zająć się walką z burżuazyjnymi nacjonalistami nie tylko ukraińskimi, lecz również żydowskimi.

Zlecenie
Na przełomie listopada i grudnia zeszłego roku Stalin wezwał do siebie ministra bezpieczeństwa państwowego Związku Radzieckiego Wiktora Abakumowa i jego pierwszego zastępcę Siergieja Iwanowicza Ogolcowa. Pod koniec rozmowy Stalin nieoczekiwanie polecił Abakumowowi, by w stosunku do przewodniczącego Michoelsa przeprowadzić koniecznie specjalne działania, i w tym celu należy zainscenizować wypadek samochodowy. Samego Michoelsa gensek określił jako przywódcę żydowskiej konspiracji nacjonalistycznej, prowadzącej w Związku Radzieckim wrażą robotę pod dyktando Amerykanów. Na początku stycznia tego roku Michoels wyjeżdżał służbowo do Mińska. Jest przecież członkiem Komitetu Nagród Stalinowskich, zaś w tym roku przegląd zgłoszonych do tego wielkiego w ZSRR wyróżnienia zespołów teatralnych odbywa się w Mińsku. Abakumow zdecydował, że likwidacja Michoelsa ma się odbyć właśnie w Mińsku.

W nocy z 6 na 7 stycznia wyjechała samochodem z Moskwy do Mińska grupa funkcjonariuszy mających zorganizować likwidację: Fiodor Grigoriewicz Szubnikow, płk organów transportowych MGB Wasyl Jewgieniewicz Lebiediew i st. lejtn. Krugłow. Wszyscy trzej są byłymi współpracownikami Pawła Anatoliewicza Sudopłatowa, szefa I Biura Specjalnego ds. Dywersji i Wywiadu w MGB. Podwładni Sudopłatowa nie tylko organizowali w czasie wojny partyzantkę i dywersję przeciw hitlerowskim Niemcom i Japonii, ale rozwijali też nowe techniki uśmiercania przeciwników, zwłaszcza za pomocą nietypowych bomb, trucizn i aparatów do ich aplikowania.

Szczegółowy plan zamordowania Michoelsa ułożyli w Mińsku Szubnikow, Lebiediew, Ogolcow i szef białoruskich organów Canawa. Aby wykluczyć możliwość ujrzenia jakiegokolwiek fragmentu tej operacji przez osoby postronne, urzędowi zamachowcy ustalili, że Michoelsa trzeba zaprosić, za pośrednictwem agentury MGB, na nocne spotkanie z jakimś znajomym, podstawić samochód z kierowcą MGB do hotelu, w którym aktor się zatrzymał – po to by wyeliminować udział świadka, szofera urzędowej limuzyny oddanej w Mińsku do dyspozycji Michoelsa. Samochodem MGB należy przewieźć go do podmiejskiej daczy Canawy. Tam Michoelsa zlikwidować, a zwłoki wywieźć nocą na jakąś mało uczęszczaną, dochodzącą do hotelu ul. Mińska, tam rozjechać je ciężarówką i porzucić. Taki scenariusz miał uprawdopodobnić wrażenie, że nocą pijany Michoels, znużony całodniowymi bankietami, wyszedł przejść się i wpadł pod ciężarówkę, a jej przerażony kierowca uciekł.

Zaproszenie Michoelsa na nocne spotkanie za pośrednictwem agentury oznaczało jedno – zaproszenie go przez Gołubowa-Potapowa, który od dłuższego już czasu nie odstępował wielkiego aktora o krok. Michoels jest bardzo osamotniony w dżungli stalinowskich rozgrywek i chętnie toleruje Gołubowa-Potapowa u swego boku, zwłaszcza że krytyk jest Żydem. Aktor nie jest świadom, że Gołubow-Potapow to tajny współpracownik MGB i na polecenie organów rozpracowuje go.

Ba, ale likwidacja Michoelsa oznacza automatycznie zdekonspirowanie zabójstwa przed Gołubowem-Potapowem, który wie bardzo dużo o wzmożonej ostatnio inwigilacji aktora. Naradzający się u Canawy funkcjonariusze zadzwonili do Abakumowa i poprosili o zgodę na likwidację także krytyka, w ramach tego samego wypadku drogowego. Abakumow zgodę wyraził.

Samochód z Michoelsem i Gołubowem-Potapowem wjeżdża na teren daczy Canawy. Szubnikow udający inż. Siergiejewa prowadzi gości do salonu.

Gdy tylko goście zasiadają do stołu, Szubnikow wychodzi do sąsiedniego pokoju i dzwoni ze specjalnego, bezpiecznego telefonu do dyżurującego w siedzibie MGB w Mińsku Ogolcowa z meldunkiem, że ofiary są w daczy. Ogolcow zaraz dzwoni przez chroniony telefon WeCze do Moskwy, do Abakumowa, ten zaś natychmiast łączy się przez speclinię ATS z Kremlem, ze Stalinem.

Abakumow po chwili wydaje przez telefon rozkaz, by przystąpić do likwidacji obu gości.

Szubnikow inscenizuje serdeczne powitanie toastem szklanką wódki. To część planu MGB – ofiary mają sprawiać wrażenie, że pod koła ciężarówki wpadły po pijanemu. Rozpuszczony w alkoholu środek oszałamiający obezwładnia Gołubowa-Potapowa, jednak Michoels, pijący skromniej, pozostaje w miarę przytomny. Gdy do saloniku wchodzi ukryty w sąsiednim pokoju Lebiediew, zaś Gołubow-Potapow zdradza objawy odurzenia, Michoels pojmuje, że zbliża się jego koniec. Usiłuje wstać, jakoś bronić się, ale cios kolbą pistoletu w czoło tuż przy skroni kończy niezborne próby ratunku. Oprawcy wyprowadzają pod ręce Gołubowa-Potapowa i Michoelsa na drogę do daczy, uruchamiają stojącą tam ciężarówkę z taboru białoruskiego MGB. Najpierw pod koła porządnie rozpędzonej ciężarówki wrzucają ciągle żywego Gołubowa-Potapowa, potem tak samo rozjeżdżają Michoelsa. Zmasakrowane trupy wrzucają na ciężarówkę i jadą do Mińska. Szubnikow znów dzwoni z meldunkiem do Ogolcowa, ten zaś łączy się z Abakumowem, który chwilę później melduje o postępach akcji Stalinowi. Na drodze obok budowy nowej linii tramwajowej, między ul. Swierdłowa i Garbarnia, tuż obok zbombardowanego i ciągle nieodbudowanego stadionu „Dynama”, niedaleko hotelu, w którym zatrzymał się Michoels, agenci układają zwłoki obu ofiar tak, jakby uderzyła w nie rozpędzona ciężarówka. Potem wracają do garaży białoruskiego ministerstwa bezpieczeństwa, zmywają pakę samochodu.

O 7.10 idący do pracy mińszczanie trafiają na leżące twarzami do ziemi, lekko przyprószone śniegiem trupy 2 mężczyzn. Wokół nich jest mnóstwo krwi. Wezwani milicjanci stwierdzają, że zwłoki nie zostały obrabowane – znajdują przy nich portfele z dokumentami i sporą gotówką oraz zegarki na rękach. Michoels ma ciągle drogi złoty zegarek. Gdy funkcjonariusze stwierdzają tożsamość zmarłych, natychmiast zawiadamiają zwierzchność. Na miejscu zbrodni błyskawicznie zjawiają się dygnitarze z białoruskich władz, republikańskiego ministerstwa bezpieczeństwa i mińskiego zarządu milicji. Wezwani anatomopatolodzy stwierdzają, że Michoels i Gołubow-Potapow mają połamane żebra, a krytyk dodatkowo ma złamaną w łokciu prawą rękę.

Ślady opon według śledczych nie pozostawiają wątpliwości – obu uderzyła jadąca z dużą prędkością ciężarówka.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

11 stycznia 1944 – egzekucja Galeazza Ciana – włoskiego polityka, czołowego działacza ruchu faszystowskiego i zięcia Benito Mussoliniego. Oto przebieg wydarzeń w relacji W. Kalickiego:

dy mija północ, Galeazzo Ciano, były minister spraw zagranicznych faszystowskich Włoch, a ciągle jeszcze zięć duce, wodza włoskiego faszyzmu, Benito Mussoliniego w celi więzienia w Weronie wyciąga z ukrycia fiolkę z cyjankiem potasu. Zgryza szkło fiolki, połyka truciznę. Po półgodzinie Ciano rozczarowany pojawia się na więziennym korytarzu – cyjanek nie zadziałał. Niedoszły samobójca nie zdaje sobie sprawy, że Hildegard Burkhardt Beetz, młoda, piękna Niemka, żona lotnika Luftwaffe walczącego na froncie wschodnim, podmieniła przekazaną jej przez włoskiego lekarza truciznę i wręczyła mu nieszkodliwy roztwór chloranu potasu. Beetz, agentka Służby Bezpieczeństwa SS, została niedawno skierowana przez swych zwierzchników do inwigilowania Ciana. Generałowie SS nie przewidzieli tylko jednego – że przystojny kobieciarz Ciano uwiedzie Beetz, która zacznie walczyć o jego życie, a także o życie żony Ciana Eddy. Ale uczucia Beetz mają też nieoczekiwany skutek. Agentka podmieniła fiolki, by przedłużyć życie ukochanego choć o te parę godzin. Rankiem Ciano zostanie rozstrzelany.

Droga Galeazza Ciana, hrabiego di Cortellazzo, syna sławnego dowódcy włoskiej marynarki wojennej z lat wojny światowej admirała Constanza Ciana, do celi śmierci zaczęła się na początku lat 20. Jeszcze jako nastolatek przystąpił do raczkującego ruchu faszystowskiego, w którym od razu zajął uprzywilejowaną pozycję – jednym z założycieli włoskiej partii faszystowskiej był bowiem jego ojciec. W wieku lat 19 Galeazzo wziął udział w słynnym marszu na Rzym Mussoliniego, a jako 22-latek, po krótkiej przygodzie jako dziennikarz prasy faszystowskiej, dostał nominację na konsula faszystowskich Włoch w Rio de Janeiro. Potem były placówki dyplomatyczne w Pekinie i Szanghaju. Przepustką do wielkiej faszystowskiej polityki stało się małżeństwo hrabiego Ciana z Eddą Mussolini, córką duce. Zięć Mussoliniego w wieku 33 lat został ministrem spraw zagranicznych. Inteligentny, cyniczny, żądny władzy Ciano zrazu optował za sojuszem teścia z Hitlerem i imperialną ekspansją Włoch – we włoskiej inwazji na Etiopię w latach 1935–1936 Galeazzo wziął osobisty udział jako dowódca eskadry bombowców (ta wyprawa była zresztą w znacznej mierze propagandową hecą). Ciano ochoczo poparł zajęcie Albanii i atak na Grecję, ale już po podbiciu przez III Rzeszę Francji zaczął potajemnie dystansować się od polityki Hitlera. I od wiernego Führerowi swego teścia. W 1942 roku Ciano podjął próby tajnych rokowań pokojowych z aliantami, m.in. z pomocą polskich książąt Sapiehów. W lipcu zeszłego roku, podczas posiedzenia Wielkiej Rady Faszystowskiej, Ciano poparł wniosek Dino Grandiego, by odsunąć Mussoliniego od władzy. Uwięzionego Mussoliniego uwolnili jednak niemieccy spadochroniarze, zaś Ciano, który nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest we Włoszech znienawidzony, zagrożony aresztowaniem przez nowy włoski rząd marsz. Badoglia, uciekł z rodziną do III Rzeszy. Hitler jednak zgodził się wydać Ciana włoskim faszystom rządzącym jeszcze z łaski Niemiec na północy Włoch.

Poprzedniego dnia, po pokazowym procesie, Ciano i 4 inni byli faszystowscy hierarchowie, sędziwy De Bono, Marinelli, Gottardi i Pareschi, oskarżeni przez swych dawnych kamratów o zdradę, zostali skazani na śmierć.

Krótko po 9.00 na korytarzu pojawia się kilku włoskich cywilów i funkcjonariuszy policji. Policjanci skuwają kajdankami ręce skazanych. Idą gęsiego, za spowiednikiem Wielkiej Rady Faszystowskiej don Chiotem, w stronę bramy wyjazdowej.

Jest zimo, mglisto, na bruku leży gruba warstwa szronu. Ulice Werony są puste. Ciężarówka wyjeżdża przez starą miejską bramę Porta Catena i zatrzymuje się przy strzelnicy fortu Procolo. Spomiędzy resztek śniegu sterczą badyle zeschłych chwastów. Pierwszy schodzi z paki marsz. De Bono. Jest tylko w garniturze i czarnym kapeluszu, lekko drży z chłodu. Jako drugi zeskakuje na trawę Ciano. W długim jasnobeżowym płaszczu i jasnym kapeluszu wygląda bardzo elegancko. Po nim wysiada pozostałych 3 skazańców. Marinelli nie jest w stanie opanować się, z nerwów dygoce, nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Policjanci wloką go za ręce na miejsce egzekucji.

W obniżeniu terenu, przed niewysokim ziemnym wałem pełniącym funkcję kulochwytu, za którym stoi mur strzelnicy, ustawiono stare, chybocące się krzesła – oparciami w stronę muru.

Kilkanaście kroków przed krzesłami stoi 30 włoskich policjantów w krótkich zimowych zielonych kurtkach i czarnych czapkach. Dowodzi nimi szef faszystowskiej policji w Weronie Nicola Furlotti. Tuż po I wojnie światowej był jednym z założycieli Czarnych Koszul, paramilitarnych bojówek Mussoliniego, ale potem, w latach 20., popadł w niełaskę i powrócił do gry dopiero teraz, w dniach rozpadu faszystowskiego reżymu. Tuż obok stoi kilkunastu włoskich oficjeli oraz drugie tyle Niemców – większość to oficerowie SS, jest też paru hitlerowskich dyplomatów, wojskowy fotoreporter. Ten ostatni nerwowo kręci się wokół krzeseł, mierzy coś światłomierzem i wyraźnie jest niezadowolony. Niskie chmury i mgliste powietrze źle wróżą jakości zdjęć z egzekucji.

Ciano zachowuje zimną krew.

Zamienia parę słów z odmawiającym modlitwę marsz. De Bono. Obaj proszą dowodzącego egzekucją Furlottiego, by pozwolił im stanąć twarzą w twarz z plutonem egzekucyjnym. Furlotti odmawia.

 – Wedle prawa to pańskie krzesło, marszałku – mówi Ciano do De Bono, wskazując krzesło pierwsze z prawej.

De Bono całkiem serio odpowiada, że nie wierzy, by w podróży, w którą za chwilę skazańcy zostaną wyprawieni, prestiżowe pierwszeństwo miało jakiekolwiek znaczenie. Ale zajmuje miejsce na krześle na prawym skraju, plecami do plutonu egzekucyjnego i widzów. Obok niego energicznie siada Ciano. Stare, koślawe krzesło skrzypi, przechyla się i Ciano ląduje w oszronionej trawie. Podnosi się sam, ustawia krzesło i siada, tym razem ostrożnie.

Policjanci przywiązują ręce skazańców do oparć krzeseł. Ciano wykrzykuje:

 – No i kto by to przypuszczał!

Nie chce, by założono mu opaskę na oczy. Don Chiot w długiej czarnej pelerynie obchodzi unieruchomionych skazańców i szepce im słowa absolucji in articulo mortis. Ciano dziękuje mu i prosi, by duchowny zadbał o trójkę jego dzieci.

Gdy wiążą Marinellego, Ciano krzyczy, by tego nie robili, bo to zbrodnia. Robi się nerwowy, bez przerwy obraca się do tyłu, kołysze na krześle.

 – Uspokój się, stary, zobaczysz, że to nic takiego – mówi do niego szyderczo jeden z policjantów z plutonu egzekucyjnego.

Na rozkaz Furlottiego policjanci z karabinkami Carcano małego kalibru ustawiają się mniej więcej 10 m za plecami siedzących skazańców, w 2 rzędach. Ci z pierwszego rzędu klękają. Policjanci podzieleni są na 5 szóstek – każda ma strzelać do jednego skazanego. Jest 9.20. Gdy Furlotti daje komendę, by odbezpieczyć broń, z krzesła zrywa się Gottardi i krzyczy:

 – Niech żyje duce! Niech żyją Włochy!

 – Niech żyją Włochy! – wołają też Pareschi i De Bono.

Ciano, gdy tylko słyszy komendę: „Ognia!”, przez prawe ramię odwraca twarz w stronę plutonu egzekucyjnego. Policjanci strzelają niecelnie, małokalibrowe pociski, nawet trafiając, nie zadają śmiertelnych ran. 4 skazańców pada wraz z krzesłami na trawę, Pareschi siedzi na krześle nieporuszony. Część policjantów repetuje karabinki i chaotycznie strzela dalej do Pareschiego i leżących.

Ciano dostaje 5 postrzałów, ale żyje i jest przytomny.

 – Pomocy! Pomocy! – chrypi.

Furlotti wyciąga z kabury pistolet. Na jego znak kilku policjantów także sięga po broń krótką. Furlotti podbiega do Ciana i z bardzo bliska strzela mu w skroń. Inni dobijają 4 pozostałych.

3 niemieccy oficerowie podchodzą i z bliska przyglądają się twarzy martwego Ciana – chcą mieć pewność, że to on.

Don Chiot przykrywa jego ciało płaszczem. Więzienny lekarz bada ciała skazańców i woła, że niektórzy z nich żyją – można wyczuć puls. Furlotti wraca pod nasyp i każdemu strzela jeszcze raz w głowę.

Oficerowie SS patrzą na to wszystko z niesmakiem. To ma być egzekucja!? Cóż to za chaotyczna rzeźnia! Typowo włoska niekompetencja!

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

31 grudnia 1943 roku powstała w Warszawie Krajowa Rada Narodowa jako alternatywa polskiego rządu na uchodźstwie. Późniejsza nasza historia pokazała, że ta właśnie alternatywa okazała się być tą właściwą. W. Kalicki tak opisuje tamte wydarzenia:

Wczesnym wieczorem Antoni Korzycki, konspiracyjny działacz radykalnego odłamu ruchu ludowego, spotyka się z Polą Ester ze Związku Robotników Żydowskich. Udając parę, idą na ul. Twardą. Do 20.00, o której zaczyna się godzina policyjna, zostało niespełna półtorej godziny.
Dokładnie o wyznaczonej porze Korzycki z Elster wchodzą do zdewastowanej kamienicy nr 22. Idą na 2. piętro. Drewniane schody skrzypią niemiłosiernie. Korzycki puka do mieszkania nr 14. Otwiera gospodarz, warszawski rymarz Czesław Blicharski, członek Polskiej Partii Robotniczej. Korzycki wita się z nim serdecznie – wcześniej już bywał w jego mieszkaniu na zebraniach konspiracyjnych.
W dużym pokoju za stołem siedzi Bolesław Bierut „Janowski” w towarzystwie oficerów ochrony Gwardii Ludowej: Jerzego Fonkowicza „Andrzeja” i Zbigniewa Dłubaka „Bogdana”.
Co parę minut pojawiają się kolejni konspiratorzy. Przed 20.00 przychodzi ostatni, dziewiętnasty. Podziemny komunistyczny parlament może przystępować do obrad.
Sekretarz KC PPR Władysław Gomułka zdecydował się powołać namiastkę kadłubowego parlamentu, gdyż komunistyczna konspiracja w Polsce znalazła się w niebezpiecznej próżni. Konspiracja wierna rządowi w Londynie szykuje się do przejmowania władzy administracyjnej po wkroczeniu Armii Czerwonej. W Moskwie zaś Stalin przymierza się do utworzenia z przebywających w ZSRR polskich komunistów zalążka przyszłej władzy w Warszawie – Polskiego Komitetu Narodowego. Powstanie Krajowej Rady Narodowej, podziemnego parlamentu kontrolowanego przez PPR, dałoby krajowym komunistom mocny atut w walce o władzę – także wobec Kremla.
Tylko skąd wziąć reprezentację posłuszną PPR?
Z kłopotu tego KC PPR wybrnęło zręcznie, do swoich delegatów dopraszając działaczy Robotniczej Partii Polskich Socjalistów, 2 radykalnych ludowców ze Stronnictwa Ludowego oraz kilkoro sympatyków komunizmu, których z racji zawodu mianowano przedstawicielami spółdzielców, lekarzy, inteligencji pracującej, nauczycieli, a nawet oficerów, jak to określono w partyjnych papierach, „byłego wojska polskiego”.
Na zebranie na Twardej ze względów bezpieczeństwa nie przyszło 12 członków „parlamentu”, w tym Gomułka. Przygotowaniem zebrania i zapewnieniem bezpieczeństwa zajmuje się Marian Spychalski „Marek”.
Na stole w dużym pokoju gospodyni rozkłada talerze z kanapkami, szklanki z kompotem, kieliszki. Panowie ustawiają rządki butelek monopolowej wódki. Gdyby przypadkowo trafili tu policjanci lub żandarmi, zastaliby typową scenerię noworocznej biesiady. Inscenizacja ta ma jednak słabą stronę. Panów jest 4 razy więcej niż pań. W składzie komunistycznego parlamentu prócz Poli Elster są też przedstawicielka Związku Walki Młodych, członkini PPR Helena Jaworska „Janta” oraz Halina Kuczkowska „Halina” i Janina Święcicka „Alina”, obie z RPPS, obie formalnie reprezentujące spółdzielców.
Gdyby doszło do wsypy, oficerowie ochrony „Andrzej” i „Bogdan” mają na czele kilku przydzielonych im doświadczonych gwardzistów z GL stawić zbrojny opór.
Spychalski zrobił wszystko, by nawet w razie policyjnego nalotu i strzelaniny uczestnicy zebrania mieli szansę ujść cało. Michał Motylewski, elektryk spod Rawy Mazowieckiej, tuż przed godziną policyjną uszkadza instalację elektryczną i wygasza latarnie uliczne w całym kwartale. W ciemnościach trudniej będzie znaleźć adres i łatwej zgubić ścigających Niemców. Kilku gwardzistów zajmuje pozycje na klatce schodowej.
Krótko po 20.00 Bierut rozpoczyna posiedzenie.
Zebrani wstają i oddają cześć poległym w walce z okupantem. Potem Bierut odczytuje referat sekretarza KC PPR Gomułki Walka i samoobrona narodu w związku z terrorem okupanta. Gomułka postuluje, by wszystkie siły społeczne i polityczne w okupowanej Polsce zjednoczyły się pod kierownictwem KRN. To figura czysto retoryczna, konspiracja komunistyczna przy podziemiu londyńskim wygląda jak zabiedzony kot przy tygrysie.
Po wysłuchaniu referatu zaczynają się przemówienia. W końcu Bierut zarządza ślubowanie członków KRN. Potem obecni uchwalają statut i Deklarację KRN. Idzie to sprawnie, bo wszystkie dokumenty polityczne zostały już wcześniej przygotowane przez organizatorów.
Po 23.00 przerwa na kanapki i toasty. Tylko tańców brak.
Po złożeniu sobie wzajem życzeń noworocznych Bierut zakazuje dalszych toastów i wznawia obrady. Wódka jednak zrobiła swoje. Jeden z dyskutantów domaga się odłożenia sprawy powołania Armii Ludowej do czasu skonsultowania się z lewicową Polską Armią Ludową, która ma wejść w skład AL. Bierut jest wściekły – utworzenie AL to kluczowy punkt programu zebrania. Gromi niefortunnego wnioskodawcę tak ostro, że ten pospiesznie wycofuje swój postulat.
Do rana zebrani jeszcze wiele razy podnoszą ręce. Przegłosowują przygotowane wcześniej przez KC PPR dekrety, wybierają prezydium KRN, z Bierutem na czele.
Zebranie kończy się o świcie. Teraz można dopić wódkę. Członkowie KRN kończą bal i pojedynczo ruszają w miasto.


Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.