Historia

22 października 1930 roku miała miejsce jedna z największych katastrof w historii górnictwa. W opisie W. Kalickiego wyglądało to następująco:

Od świtu nad miejscowością Alsdorf pod Akwizgranem krążą małe jednosilnikowe samoloty. Z pokładu jednego z nich przedstawiciele władz usiłują ocenić rozmiar katastrofy. Pozostałe maszyny zostały wynajęte przez redakcje największych niemieckich dzienników.

Z lotu ptaka rejon wokół Kopalni „Anna II” wygląda jak po ciężkim bombardowaniu. Poskręcane stalowe konstrukcje leżą w gruzach kopalnianych budynków. W otaczającej „Annę” górniczej kolonii mieszkalnej położone najbliżej szybu ulice zasypane są metrową warstwą gruzu. To pozostałość po 20 domach górników, które eksplozja zdmuchnęła z powierzchni ziemi. Domy stojące nawet w odległości 300 m od szybu nie mają dachów. Zerwał je podmuch. Na gruzach krzątają się setki strażaków, ratowników górniczych, lekarzy, zmobilizowanych doraźnie robotników. Otacza ich kilkusetosobowy tłum, w większości kobiet i dzieci. Do rozległego rumowiska nieustannie podjeżdżają karetki pogotowia i ciężarówki ze sprzętem ratowniczym.

Rankiem poprzedniego dnia, jak zwykle, 667 górników dziennej szychty zjechało do kopalni. Tuż po 7.00 rozległ się potworny huk. Ci z pracowników, którzy znajdowali się na obrzeżach kopalni, usłyszeli, jak łoskot wybuchu przechodzi w kaskadę podziemnych grzmotów. Z szybu „Wilhelm” strzelił w niebo gigantyczny słup ognia i dymu. Szyb i gmach kopalni, w którym mieściły się biura, dosłownie wyleciały w powietrze. Kilka innych budynków biurowych i magazynów siła eksplozji zdmuchnęła z powierzchni ziemi. Po chwili na Alsdorf spadły kawałki murów, wielkie belki stalowe i drewniane, ławica cegieł i dachówek.

Niecałe pół godziny po eksplozji zrujnowany teren kopalni został otoczony przez kordon policjantów. Rodziny górników, które natychmiast przybiegły pod kopalnię, ze zgrozą obserwowały sanitariuszy zbierających okaleczone zwłoki i szczątki zabitych rozrzucone przez eksplozję w odległości nawet 250 m od szybu. Ekipy strażaków usiłowały stłumić pożar szalejący w szybie.

Początkowo nikt nie potrafił odpowiedzieć na 3 najważniejsze pytania: ilu ludzi zginęło, ilu ocalałych górników pozostaje odciętych pod ziemią i co się tu właściwie stało?

Część górników, w chwili eksplozji znajdujących się w korytarzach położonych dalej od szybu „Wilhelm”, przeżyła katastrofę i przedostała się do sztolni sąsiednich szybów. Po usunięciu uszkodzeń urządzeń wyciągowych, szczęśliwcy ci wyjechali na powierzchnię.

O 14.15 urząd górniczy w Bonn poinformował, że spod gruzów szybu „Wilhelm” wydobyto 45 zabitych i ok. 100 rannych, zaś wszystkich 400 odciętych pod ziemią górników sprowadzono już na powierzchnię. Nie była to prawda. Komunikat miał uspokoić nastroje w tłumach otaczających ruiny kopalni. Zwłoki ofiar wydobywano ze zgliszcz aż do zmroku, gdy przerwano akcję ratowniczą.

Boński urząd górniczy zasugerował, że przyczyną katastrofy była zapewne eksplozja dynamitu zgromadzonego w kopalnianym magazynie materiałów wybuchowych, znajdującym się 252 m pod ziemią, obok szybu „Wilhelm”. Wedle różnych wersji w chwili wybuchu znajdować się w nim miało 2000 lub nawet 5000 kg dynamitu. Prowadzący śledztwo znaleźli w przewodach wentylacyjnych kopalni gazy pochodzące z eksplozji materiałów wybuchowych.

Nad ranem komisja rządowa, nadzorująca akcję ratowniczą i śledztwo w sprawie katastrofy, sporządza prowizoryczny bilans strat. Do tej pory doliczono się 243 zabitych. W szpitalach w samych Alsdorf, w Akwizgranie i ok. leży ok. 90 rannych. W szpitalach w Bardenbergu znajduje się 35 ofiar poparzonych tak bardzo, że nikt nie potrafi ich rozpoznać. Z szacunkowych wyliczeń wynika, że odciętych pod ziemią powinno być jeszcze co najmniej 100 górników.

Wszyscy mają nadzieję, że przynajmniej część z nich żyje.

Późnym rankiem zdarza się cud. Choć siła eksplozji była tak wielka, że wybiła szyby i zerwała kable telefoniczne w całym Alsdorf, ocalał jeden z kabli łączących poziom 460 kopalni z powierzchnią. Ranny, zatruty gazami górnik dzwoni z dna „Anny II” i błaga o pomoc.

70 górników z nocnej zmiany zjeżdża pod ziemię w sąsiedniej kopalni „Anna I”. Do tej akcji wybrano najlepszych, doświadczonych pracowników. Na dole odblokowują zaślepione korytarze i przedostają się na teren „Anny II”. Mają ominąć zawały i gruzowiska, które blokują dostęp ratownikom opuszczanym przez szyby „Anny I”. Posuwają się jednak bardzo powoli. Nieoczekiwanie niższe korytarze zaczyna zalewać woda. Odpompowanie jej idzie niesporo, gdyż prawie wszystkie urządzenia kopalniane są zniszczone.

Ratownicy ze zdwojoną energią wyrywają gruz z zawałów, stawiają prowizoryczne stemple. Niestety, w kolejnych sztolniach znajdują tylko zwłoki. Najpierw 6, w następnej sztolni – 10. Wywożą je taczkami i wózkami, służącymi do transportu urobku.

W południe jednak spod gruzów ratownicy wyciągają 4 górników. Są zatruci gazami, nieprzytomni, ale żyją.

Nadzieja wstępuje w tłum od 30 godzin czekający na wiadomości o losie górników. Resztki nadziei tracą natomiast bliscy kopalnianych urzędników. W momencie katastrofy w budynku zarządu kopalni, przylegającym do szybu, odbywało się posiedzenie rady kopalni. Po południu ratownicy stwierdzają, że pod gruzami budynku zarządu nie ma żywych. To znaczy, że zginęło 30 członków rady kopalni i co najmniej drugie tyle kopalnianych oficjalistów.

Eksperci rządowej komisji śledczej badają rumowisko skał w miejscu, gdzie znajdował się podziemny skład materiałów wybuchowych. Podejrzewają, że jeden z górników strzałowych, przygotowujących ładunki do kruszenia skał, nieostrożnie spowodował detonację zapalnika, która zainicjowała eksplozję 5 t dynamitu.

Po południu ratownicy dokonują na dole zaskakującego odkrycia. Drzwi i zapory oddzielające od siebie poszczególne części kopalni podczas katastrofy zostały wyłamane nie od wewnątrz, od strony szybu „Wilhelm” i wielkiego składu dynamitu, lecz od zewnątrz. Komisja śledcza zastanawia się, czy jednak katastrofa nie zaczęła się od wybuchu metanu albo pyłu węglowego. Dopiero ten wybuch miałby spowodować eksplozję magazynu dynamitu, która dokończyła dzieła zniszczenia w podziemiach kopalni i obróciła w perzynę zabudowę na powierzchni.

Niektórzy z ekspertów w rozmowie z dziennikarzami sugerują, że zniszczenia są tak wielkie, iż być może stuprocentowe ustalenie przyczyn katastrofy będzie niemożliwe.

Pewne są dwie rzeczy.

To jedna z największych katastrof w dziejach górnictwa.

Niewątpliwą winę za rozmiary tragedii ponosi kierownictwo kopalni. Zmagazynowanie w jednej podziemnej komorze aż 5 t dynamitu było sprzeczne z górniczymi przepisami bezpieczeństwa i ze zdrowym rozsądkiem. Co gorsza, duży zbiornik z wybuchowym benzolem znajdował się w piwnicy budynku biurowego. Eksplozja benzolu spowodowała dodatkowe zniszczenia i pożary na powierzchni.

Zmęczeni ratownicy opowiadają, że korytarze 460 m pod ziemią wyglądają jak przedsionek piekła.

Ale przedsionek piekła naprawdę wygląda dużo bardziej elegancko: to stół nakryty zielonym suknem, za nim członkowie komisji wyborczej w odświętnych garniturach, na honorowym miejscu urna wyborcza. Przed pięcioma tygodniami NSDAP Adolfa Hitlera powiększyła swój stan posiadania w Reichstagu z 12 miejsc do 107 i stała się drugą co do wielkości partią w Niemczech.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

21 października 1963 zginął ostatni żołnierz polskiego podziemia Józef Franczak ps „Lalek”. Był solą w oku komunistycznej władzy. W. Kalicki tak opisuje dzień jego śmierci:

Tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa w Lublinie Stanisław Mazur „Michał” o 8.30 telefonuje do swojego oficera prowadzącego porucznika SB Kazimierza Mikołajczuka. Chce się natychmiast z nim spotkać. Gdy godzinę później „Michał” zjawia się w jednym z mieszkań operacyjnych lubelskiej SB o kryptonimie „Weranda”, czekają tam nań zastępca komendanta wojewódzkiego SB ppłk Bolesław Dudek i naczelnik Wydziału III lubelskiego SB ppłk Świta. Chcą osobiście wysłuchać wyjaśnień „Michała” z wczorajszej akcji. Nieudanej akcji. Lubelscy esbecy mieli zabić ostatniego partyzanta z czasów II wojny światowej, akowca, który nie złożył broni przez 18 powojennych lat.

Józek Franczak, syn gospodarza z Kozic Górnych na Lubelszczyźnie, po ukończeniu szkoły powszechnej wstąpił na ochotnika do Podoficerskiej Szkoły Żandarmerii w Grudziądzu. W roku 1939 służył w żandarmerii na Wołyniu. Po 17 września Sowieci aresztowali go w Równem. Pędzony przez funkcjonariuszy NKWD w kolumnie jeńców, oficerów WP i żandarmów, zdołał uciec. Podczas czerpania wody ze studni wykorzystał chwilę nieuwagi eskorty i błyskawicznie zdjął mundur. W koszuli i gaciach wyglądał na wiejskiego obdartusa. Enkawudziści pognali dalej kolumnę jeniecką, a na stojącego wśród chłopów Franczaka nie zwrócili uwagi.

Wrócił w rodzinne strony i od razu wstąpił do Związku Walki Zbrojnej. Został dowódcą placówki AK, potem tamtejszego plutonu. W konspiracji wsławił się dbałością o wygląd, wręcz elegancją. Właśnie dlatego koledzy nazywali go „Lalusiem”. Przezwisko przyjął za pseudonim (na zmianę z „Lalkiem”). Po wkroczeniu w sierpniu 1944 roku Armii Czerwonej zgłosił się do organizowanej 2. Armii Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Karola Świerczewskiego. Chciał bić się z Niemcami. Zamiast tego jednak w Kąkolewnicy koło Radzynia, gdzie stacjonował do stycznia 1945 roku, był świadkiem masowych rozstrzeliwań byłych żołnierzy AK. Gdy dowiedział się, że w rodzinnych stronach poszukuje go NKWD, zdezerterował. W trakcie obławy na jednego z ukrywających się partyzantów poakowskich Franczak został aresztowany. Funkcjonariusze UB nie rozpoznali go i dołączyli do grupy zatrzymanych podczas obławy mężczyzn. Po drodze aresztowani zaatakowali eskortę. Zastrzelili 4 funkcjonariuszy i uciekli. Kilka tygodni później w powiecie krasnostawskim „Lalek” znów został ogarnięty przez obławę milicji i KBW. Podczas przebijania się z okrążenia zastrzelił komendanta posterunku MO w Rybczewicach.

Komunistyczne władze, nie mogąc zniszczyć poakowskiej partyzantki w lasach, w 1947 roku ogłosiły amnestię. „Lalek” poważnie rozważał ujawnienie się, ale adwokat, którego radziła się jego siostra, uznał, że komuniści zemszczą się na nim za współudział w zastrzeleniu 5 funkcjonariuszy.

Józef Franczak został w podziemiu.

Od stycznia 1947 roku „Lalek” dowodził kilkuosobowym patrolem w oddziale partyzanckim kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. Operował w stronach rodzinnych. W maju 1948 roku jego patrol wpadł w zasadzkę UB – zginęło 2 partyzantów. W grudniu 1948 roku „Lalek” został ranny.

Od tego czasu działał samotnie – ukrywał się na własną rękę, z rzadka kontaktował się i spotykał z innymi partyzantami. W 1950 roku uczestniczył w wykonaniu wyroku śmierci na zdrajcy „Hardym”, który wydał UB szefów lubelskiej partyzantki. Rok później zlikwidował tajnego współpracownika UB. Ostatnią wspólną akcję działający w pojedynkę lubelscy partyzanci przeprowadzili w lutym 1953 roku. „Wiktor” i Zbigniew Pielak „Felek” zaatakowali kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach. Z zewnątrz ubezpieczał ich „Lalek”. Kasjer zdążył jednak włączyć alarm. W walce z milicjantami zginął „Wiktor”, „Felek” i ranny „Lalek” zbiegli.

W kwietniu 1956 roku, gdy Sejm uchwalił kolejną amnestię dla żołnierzy podziemia, zmęczony 16 latami konspiracji „Lalek” gotów był się ujawnić, akceptował nawet kilkuletni wyrok więzienia, ale w końcu uświadomił sobie, że nieuchronnie czeka go dożywocie. Został w lesie.

Od 7 lat stara się już tylko przeżyć – w leśnych schowkach, w zagrodach zaufanych gospodarzy. Ciągle cieszy się mirem wśród wrogich komunistycznej władzy chłopów. Pomaga mu niemal 200 osób. Ukrywa się w rodzinnych stronach. Stara się nie nadużywać gościnności, zostaje u gospodarzy dzień, dwa, góra trzy, póki ma czym, płaci za żywność (jesienią 1956 roku napadł na samochód pocztowy ze 108 tys. zł). Starszym gospodarzom pomaga w rewanżu przy gospodarstwie. Często porusza się w przebraniu kobiety. Coraz częściej, coraz poważniej choruje. Jego pomocnicy nieraz ściągali z Lublina zaufanych lekarzy. Od kilku lat związany jest z Danutą Mazur z Wygnanowic. Przed 6 laty urodził im się syn. Wtajemniczeni pomocnicy „Lalka” traktują ich jako małżeństwo.

Ale SB zaciska wokół niego sieć konfidentów. Najcenniejszy wśród nich to „Michał”, stryjeczny brat narzeczonej „Lalka” Danuty Mazur. Na polecenie SB spotykał się z ufającą mu Danutą i samym „Lalkiem”. Wczoraj poszedł do Wygnanowic na umówione przez Danutę spotkanie z „Lalkiem”. W ubraniu miał ukryte radiowe urządzenie nadawcze. Po skończonej rozmowie z „Lalkiem” miał zaalarmować funkcjonariuszy SB ukrytych z odbiornikiem w pobliżu gospodarstwa Danuty. Ci zaś mieli przekazać sygnał do czającej się w pobliżu wsi grupy likwidacyjnej, liczącej aż 70 zomowców i oficerów SB.

Urządzenie nadawcze zepsuło się, SB odwołała akcję. „Michał” zauważył jednak, że „Lalek” odjeżdża motocyklem. Zapamiętał numery rejestracyjne.

I teraz, w mieszkaniu kontaktowym, przekazuje je oficerom SB.

Milicjanci ustalają w wydziale komunikacji, że właścicielem motocykla jest Wacław Beć ze wsi Majdan Kozic Górnych.

Pułkownicy Dudek i Świta pośpiesznie organizują grupę operacyjną złożoną z 35 funkcjonariuszy SB i ZOMO. Jest w niej także milicyjny przewodnik z psem tropiącym. O 14.30 ekipa ta wyjeżdża samochodami z Lublina. W pobliżu Majdanu Kozic Górnych funkcjonariusze opuszczają auta. Dwaj esbecy, którzy znają rozkład obejść w Majdanie, prowadzą ekspedycję w stronę gospodarstwa Wacława Becia. Esbecy i zomowcy otaczają zabudowania. Po chwili z gospodarstwa wychodzi mężczyzna. Znajdujący się najbliżej zabudowań przewodnik psa usiłuje go aresztować, ale nieznajomy rzuca się pędem do stodoły. To Józef Franczak. Po 2 minutach wypada z drugiej strony stodoły. W ręku ma pistolet. Strzela do przewodnika psa i ucieka w stronę lasu. Tam jednak są zomowcy z obławy. Krzyczą, żeby rzucił broń i podniósł ręce do góry. „Lalek” zawraca, wpada w krzaki wokół zabudowań. Tam ma schowaną torbę z resztą broni. Gdy po chwili wybiega z chaszczy, w obu rękach trzyma pistolety. Strzela z nich w biegu. Pędem mija porucznika SB Ludwika Taracha i jednego z zomowców, którzy ostrzeliwują go z niewielkiej odległości. Wszyscy trzej pudłują. „Lalek” wpada do sąsiedniego obejścia i chowa się pod nawisem dachu wozowni. Po krótkiej strzelaninie biegnie do kolejnego gospodarstwa. Taracha i zomowiec strzelają do niego. „Lalek” skręca do ogródka, między bzy i jaśminy. Tam opada na kolana i strzela do nadbiegających z drugiej strony zomowców. Ci strzelają w jego kierunku. „Lalek” pada twarzą do ziemi. Obok jego prawej ręki leży pistolet TT. Obok kolan – teczka i wyjęty z niej uzbrojony granat obronny, którego nie zdążył rzucić. Milicjanci podchodzą do leżącego, biorą za ręce i przewracają twarzą do góry. Po chwili „Lalek” umiera.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

W erze socjalizmu realnego pojedynki sportowe miały w Polsce polityczny podtekst. Kibice z pewnością pamiętają słynny mecz piłkarski, który pomiędzy reprezentacja Polski a ZSRR odbył się 20 października 1957 roku na Stadionie Śląskim. Spójrzmy, jak to wydarzenie wspomina W. Kalicki:

W środku nocy dworce PKP w Katowicach i Chorzowie wyglądają jak w czasach wojny. Tysięczne tłumy koczują w halach pasażerskich, na peronach. Zmęczeni mężczyźni, często z dalekich krańców Polski, w byle jakich płaszczach kulą się i usiłują choć przez chwilę zdrzemnąć w chłodzie jesiennej nocy.

O świcie ruszą w stronę nowego, zbudowanego ledwie przed 15 miesiącami Stadionu Śląskiego w Chorzowie, największej areny sportowej w kraju. W samo niedzielne południe zacznie się sensacyjny mecz piłkarskich reprezentacji Polski i ZSRR.

W eliminacjach piłkarskich mistrzostw świata w grupie VI spotkały się reprezentacje Polski, ZSRR i Finlandii. Biało-czerwoni zaczęli je marnie. Pierwszy mecz rozegrali w czerwcu z drużyną radziecką, na stadionie na Łużnikach w Moskwie. Piłkarze radzieccy byli faworytami – przed rokiem, na igrzyskach olimpijskich w Melbourne, zdobyli złoty medal. Gospodarze zrobili wszystko, by z Polakami wygrać. Rozpoczęcie gry wyznaczyli na godz. 19.00 lokalnego czasu. Mecz miał się odbyć przy sztucznym oświetleniu. To światowa nowinka, a polscy piłkarze zetknęli się z nią właśnie w Moskwie po raz pierwszy. Mecz rozpoczął się przy paraliżującym dopingu 90 tys. sowieckich kibiców. Pierwszą bramkę strzelił Tatuszyn jeszcze przed przerwą. Po przerwie wynik podwyższyli Simonian i Iljin.

A elektryczne światło? Reflektory włączono tylko na 8 minut, między 52. a 60. minutą meczu. Zdezorientowani polscy piłkarze 4 minuty później stracili drugiego gola, i w tym momencie było już po meczu. Później kierownictwo polskiej ekipy złożyło z tego powodu protest. Gest odważny, ale bez znaczenia. Protest został odrzucony.

Drugi mecz biało-czerwoni rozegrali w lipcu w Helsinkach. Fantastycznym hat trickiem popisał się Jankowski – trafił do siatki gospodarzy w 19., 56. i 65. minucie. Po zwycięstwie na Finlandią 3:1 o wszystkim zadecydować ma dzisiejszy mecz w Chorzowie.

Przygotowaniom kibicowała, z niepokojem, cała Polska. Przed 2 tygodniami reprezentacja była w rozsypce. Tydzień temu piłkarska Kadra A rozegrała towarzyski mecz z Cracovią. Wygrała 2:0, ale trener reprezentacji Tadeusz Foryś, a zwłaszcza de facto rządzący reprezentacją jej kierownik sportowy płk Henryk Reyman, przez piłkarzy nazywany „Kapitanem”, nie mieli się z czego cieszyć. Na wysokości zadania stanął jedynie znakomity bramkarz Szymkowiak. Do reprezentacji powrócił jeden z najlepszych piłkarzy Gerard Cieślik z Ruchu Chorzów, który w przegranym meczu w Moskwie nie grał z powodu braku formy. Cieślik i jego partnerzy w ataku, Lucjan Brychczy oraz Henryk Kempny z warszawskiej Legii, wspaniale technicznie rozgrywali piłkę, ale notorycznie pudłowali. W troszkę lepszej formie strzeleckiej był tylko Cieślik, który kilka razy uderzył piłkę bardzo mocno, a raz trafił do bramki.

Obrońcy grali niepewnie, z upływem czasu wyraźnie słabli fizycznie i tylko marnej grze ataku Cracovii oraz fantastycznym paradom Szymkowiaka Kadra A zawdzięczała czyste konto.

Na 5 dni przed meczem, na zgrupowaniu kadry w Katowicach, nie stawili się 4 gracze Górnika Zabrze. Po awanturze „Kapitana” Reymana dojechali z Zabrza taksówkami.

Ostateczny skład jedenastki na ZSRR kapitanat PZPN ustalił dopiero późnym wieczorem w środę 16 października. Stoperem miał zostać Korynt, na skrzydłach wystawiono Baszkiewicza i Jankowskiego, a Gerarda Cieślika nie dość, że powołano na mecz, to jeszcze został mianowany kapitanem drużyny biało-czerwonych.

W czwartek rano Cieślik, który zawodowo pracuje przy obrabiarce, jak w każdy roboczy dzień obudził się przed 5.00. Na 6.00 szedł do roboty. Przy śniadaniu usłyszał w radiu, że został powołany na niedzielny mecz. Mecz ważny, prawda, ale robota jeszcze ważniejsza, na hali maszyna nie może stać wyłączona i kłóć w oczy. Ledwie rozpoczął pracę, przybiegł majster, który też słuchał porannych wiadomości.

 – Co wy tu, Cieślik, robicie!? Za trzy dni mecz!

 – Panie majster, pierwsze, co mam robić, to pracować, a jak pan mówi, że mam iść do domu, to pójdę – odpowiedział Cieślik.

I pojechał do domu. Ale tam żadnej wiadomości o powołaniu do kadry nie było. Czekał więc. Wieczorem, gdy jadł kolację, przyjechał taksówką asystent trenera Forysia Ewald Cebula.

 – No, zbieraj się, trzeba jechać na zgrupowanie do Katowic, grasz przecież – powiedział Cieślikowi.

A teraz, po śniadaniu w stołówce hotelu robotniczego, w którym nocowała reprezentacja Polski, gracze w pokojach przebierają się w piłkarskie stroje. Na nie wkładają dresy i wszyscy schodzą do jelcza, który ma ich zawieźć na Stadion Śląski.

Przed stadionem kłębią się ogromne tłumy kibiców, którzy nie dostali wejściówek. I dużo milicji.

Ten mecz to wielki kłopot dla władz. Ledwie rok minął od październikowego przełomu, a już w społeczeństwie górę biorą rozgoryczenie i frustracja. Gomułka wyraźnie porzucił październikowe idee praworządności i samorządności. Trwa przykręcanie śruby: ubezwłasnowolniono samorządy pracownicze, spacyfikowano prasę. Niedawno w Warszawie zakończyły się krwawe zamieszki po likwidacji reformatorskiego tygodnika „Po Prostu”. Mecz z ZSRR to wyśmienita okazja do politycznych manifestacji tłumów, a nawet antyradzieckich zamieszek. Co prawda, służby bezpieczeństwa wysłały na trybuny setki cywilnych agentów, ale to kropla w morzu 100 tys. kibiców.

Na trybunach jest taki ścisk, że trudno się nawet obrócić. Nad dywanem głów unosi się mgła, siąpi. Nad jednym z sektorów powiewają gęsto klubowe flagi ŁKS. To matecznik kibiców z Łodzi. O 11.00 na płycie boiska pojawia się orkiestra górnicza pod batutą Augustyna Kozioła. W trakt tradycyjnych marszów kilka razy obchodzi murawę. Potem następują krótkie popisy kolarzy w wyścigach sprinterskich.

W szatni Polaków zjawia się szef reprezentacji Henryk Reyman. Zwołuje piłkarzy i oznajmia im, że za zwycięstwo dostaną, tak po cichu, po 500 zł. Większość z nich zarabia od 1000 do 1300 miesięcznie, ta pięćsetka to byłoby już coś.

Źródło: Historianazdieciach.pl

Polacy wybiegają w dresach na murawę. To rozgrzewka przed oficjalną prezentacją. Gdy kilka minut później wybiegają, także w dresach, gracze radzieccy, na trybunach zrywa się potężne, wrogie buczenie i gwizdy. Piłkarz Lechii Gdańsk obrońca Roman Korynt nieopodal rozgrzewających się gości prezentuje śmieszne wyskoki, salta i łamańce. 100-tysięczna widownia nagradza go oklaskami i śmiechem.

Punktualnie o 12.00 nad stadionem rozbrzmiewa przez megafony sygnał z wieży Mariackiej w Krakowie. Tłumom wzruszenie ściska gardło. Z tunelu wynurzają się gracze obu drużyn. Poprzedza ich angielski arbiter John Harold Clough. Polacy w białych koszulkach i czerwonych spodenkach, gracze radzieccy w czerwonych koszulkach i białych spodenkach. Stają na murawie. Orkiestra gra hymny państwowe. Gdy zaczyna Mazurka Dąbrowskiego, 100 tys. kibiców wstaje i na całe gardła śpiewa „Jeszcze Polska…”. Na trybunach jedni ocierają łzy, inni cieszą się jak dzieci. Ten stadion jest ich, pełen jest wielkiej, porywającej mocy.

Tym razem nie ma żadnej ceremonii powitalnej drużyn. Gracze od razu ustawiają się na murawie i już słychać pierwszy gwizdek sędziego Clougha.

Polacy atakują pierwsi. Korynt, mimo że osłabiony po chorobie, pędzi z piłką na połowę przeciwnika, podaje do bohatera meczu w Helsinkach Jankowskiego. Ten dośrodkowuje, ale Kempny strzela nad poprzeczką. Na trybunach rozlega się wielki jęk zawodu.

Odpowiedź piłkarzy radzieckich jest błyskawiczna. Isajew dopada dryblującego w kółeczku Gawlika, odbiera mu piłkę, ciągnie do przodu. W ostatniej chwili piłkę wybija wybiegający z bramki Szymkowiak. W polskiej drużynie robi się nerwowo. W 7. minucie Zientara podaje niecelnie bramkarzowi i piłka nieuchronnie, zda się, zmierza do siatki. Szymkowiak wyłapuje ją z cyrkową paradą.

Minutę później Szymkowiak wybija z linii bramkowej atomowy strzał Strelcowa. Jeszcze chwila i znów niemal cudem broni celny, piekielnie silny strzał Iwanowa.

Źle, źle, źle. Gdy wydaje się, że utrata bramki jest kwestią niewielu minut, Kempny urywa się prawoskrzydłowym obrońcom radzieckim, dośrodkowuje dokładnie na głowę nadbiegającego Cieślika. Malutki Cieślik jest świetnym technikiem i piłka leci dokładnie pod poprzeczkę radzieckiej bramki. Ale w tym meczu jest 2 fantastycznych bramkarzy. Lew Jaszyn interweniuje odruchowo i wybija strzał Cieślika.

Ta akcja odblokowuje biało-czerwonych. Grają coraz szybciej, coraz składniej. 100 tys. gardeł drze się, gdy tylko Polacy zdobywają piłkę i ruszają do przodu. Co z tego jednak, skoro Lentner, Brychczy, Cieślik i Kempny w doskonałych sytuacjach pudłują. W 31. minucie po rzucie rożnym, wykonywanym przez Lentnera, Cieślik strzela tuż obok słupka. Rosjanie rewanżują się 2 groźnymi akcjami. Każdej towarzyszą potężne, paraliżujące gwizdy widowni.

W 43. minucie piłkę przejmuje Lentner i zaraz przerzuca ją górą do Cieślika. Ten ładnie ogrywa Paramonowa i już jest sam na sam z Jaszynem. Cieślik ma piłkarski instynkt – łapie Jaszyna na kroku i interweniujący radziecki bramkarz tylko bezradnie może patrzyć, jak piłka ląduje w długim rogu bramki.

 „Goooool!!!” – wrzask radości wzbija się ponad trybuny.

Gdy piłkarze wybiegają po przerwie na murawę, widzowie nerwowo liczą polskich graczy. O co chodzi!? Jest ich tylko dziesięciu! Dopiero po chwili z szatni wybiega spóźniony Gawlik i dołącza do rozgrywających już piłkę kolegów. Zasiedział się w toalecie.

Minutę później Jaszyn z najwyższym trudem broni groźny strzał.

W 50. minucie piłkę ma przy nodze Lucjan Brychczy. Zawzięcie dryblując, przebiega połowę boiska. Między radzieckim obrońcami ucieka na prawe skrzydło i miękko dośrodkowuje – prosto na głowę nadbiegającego Cieślika.

2:0. I ekstaza. Obcy ludzie na trybunach padają sobie w objęcia. Łódzki sektor intonuje „Sto lat!”.

Ale mecz toczy się dalej. Uskrzydleni biało-czerwoni atakują, ale Jaszyn broni bezbłędnie. Na 20 minut przed końcem meczu Polacy słabną. Teraz grę dyktują lepiej przygotowani kondycyjnie gracze radzieccy. W 78. minucie Szymkowiak broni w sytuacji sam na sam z Iljinem. W chwilę później Strelcow pudłuje w stuprocentowej sytuacji, z odległości 6 metrów. Niedobrze. Zmęczony obrońca Florenski, dotąd grający niemal bezbłędnie, zostawia bez opieki Iljina, który dośrodkowuje precyzyjnie do Iwanowa. Ten strzela potężnie. Szymkowiak w pięknej paradzie sięga piłki, ale wyłamuje mu ona palce. 2:1. 100 tys. kibiców marzy tylko, by biało-czerwoni zamurowali swą bramkę, by nie dali wbić sobie wyrównującego gola. A tu niespodzianka – Polacy ruszają nagle do ataku. W 84. minucie Kempny w sytuacji, w której nie strzelić bramki nie sposób, nie trafia butem w piłkę. Na 2 minuty przed końcem meczu strzał Brychczego niemal ociera się o słupek bramki Jaszyna.

Długi gwizdek sędziego. Na trybunach wielki krzyk. Kibice wynoszą Cieślika na rękach do szatni. A potem, do białego rana, wielkie kolejki przed knajpami w Chorzowie, Katowicach, na całym Śląsku, w całej Polsce.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

Podczas przegranej przez Napoleona bitwy pod Lipskiem ginie książę Józef Poniatowski. Stało się to 19 października 1813 roku, a W. Kalicki tak wspomina to wydarzenie:

W oknach hotelu Zum König von Preussen w Lipsku błyskają łuny pożarów. Płoną wsie wokół miasta. Na Napoleonie Bonaparte nie robi to wrażenia. Cesarz dyktuje rozkazy odwrotu dla swojej armii, książę Bassano spisuje je w świetle świec i pożarów.

Skończył się 3. dzień bitwy pod Lipskiem. Napoleon wydał ją przeważającym siłom koalicji Prus, Austrii, Rosji i Szwecji. Geniusz opuścił jednak Napoleona – plan bitwy, nieprzemyślany, nie przewidział wznoszenia dodatkowych mostów na rzekach Pleissie i Elsterze, odcinających jego armii drogę odwrotu. Na Elsterze Francuzi dysponują tylko jednym kamiennym mostem.

Polski VIII Korpus księcia Józefa Poniatowskiego przyjął na siebie w tej bitwie główne uderzenie wroga i związał jego siły. Nadaremno. Napoleon nie potrafił oskrzydlić unieruchomionego wroga. Jest już jasne, że przegrał.

Cesarz kończy dyktowanie rozkazów dobrze po północy. Wzywa adiutanta i żąda sprowadzenia księcia Poniatowskiego. Książę przybywa o 3.00 w nocy. Wygląda fatalnie. Lewą rękę, dwukrotnie ranioną w walkach, trzyma na temblaku. Szare spodnie są uwalane błotem i krwią. Generalski mundur polowy okrywa szarobrunatna niekształtna burka. Na głowie ma czarny kapelusz.

Cesarz oznajmia księciu, że ma osłaniać odwrót jego armii od strony południowych przedmieść Lipska – Borna i Pegau. Wyraźnie zobojętniały książę podrywa się z irytacją. Tłumaczy, że większość jego oddziałów przeszła już na zachodni brzeg Elstery, reszta jest zdziesiątkowana; z 8 tys. żołnierzy zostało mu niespełna 800.

 – I cóż z tego? 800 odważnych żołnierzy starczy za innych 8 tysięcy – ripostuje nieznoszącym sprzeciwu głosem cesarz.

Książę reaguje jak stary wojak – zapewnia, że przedmieścia będzie bronić do ostatniego żołnierza.

Poniatowski wychodzi w mglistą noc. W ciemnościach zaczyna się wielki ruch. Tłumy wyczerpanych piechurów, kolumny kawalerii i rozbite tabory z wolna wycofują się na zachód. Tak wygląda odwrót pokonanej armii.

Na pozycjach zajmowanych przez Polaków też panuje wielki ruch. Gen. Michał Sokolnicki, dowodzący jazdą IV Korpusu, 2 pułkami ułanów gen. Jana Krukowieckiego i pułkiem krakusów, odbiera rozkaz wycofania się na zachód. Przy księciu Poniatowskim zostają tylko szwadron kirasjerów pod płk. Kazimierzem Dziekońskim, resztki oddziału krakusów kpt. Puzyny i garść ułanów. Kolejne formacje wycofującej się polskiej kawalerii znikają w gęstej jak śmietana mgle.

O 7.00 mgła zaczyna rzednieć. Książę Józef wycofuje resztki VIII Korpusu, wszystkiego ledwie 2 tys. żołnierzy, na południowe przedmieście Lipska. Polacy są znużeni 3-dniowymi walkami. Głodni, przemoczeni, zmarznięci, niewyspani. Ale najgorsze, że tracą ducha. Napoleon przegrywa, a wraz z jego klęską na dno idzie sprawa ojczyzny, o ich własnym losie nie mówiąc.

Tylko stara gwardia Napoleona jest jak skała. W alejach między bramami Peterstor i Grimmtor gwardziści dwóch batalionów: polskiego pod płk. Stanisławem Kurcyuszem i westfalskiego, bladym świtem wyjmują z plecaków lusterka, przytwierdzają je do miejskich lip i z kamiennym spokojem golą się. Pociski artylerii pruskiej przelatują tuż nad ich głowami, ścięte gałęzie sypią się na mundury i na włosy, a gwardziści wygładzają przemoczone nocną ulewą harcapy i opylają je pudrem. Gdy bębny uderzają na apel, gwardia, zda się, w jednej chwili staje w ciasnych, równych szeregach i… wycofuje się ku jedynemu kamiennemu mostowi na Elsterze.

Książę wzywa do siebie adiutanta Szumlańskiego i przekazuje mu resztę pieniędzy, jaką ma przy sobie, by niezwłocznie dostarczyć je rannym polskim oficerom, leżącym w kwaterach w centrum Lipska. Poniatowski jest jak odmieniony. Znikła jego nocna apatia i znużenie. Gorączkowo pędzi wierzchem od batalionu do batalionu, podtrzymuje żołnierzy na duchu, osobiście wprowadza do walki kolejne bataliony. Uwija się w pierwszej linii, pod gradem kul i odłamków. Gdy pruskie bataliony naciskają mocniej, książę idzie z piechurami w pierwszej linii do ataku. Dostaje postrzał w prawą rękę. Pozwala opatrzyć ranę, wsiada na konia i kierując nim jedną, ranną ręką, rusza na pierwszą linię.

Polacy dokonują cudów w obronie, ale tak ogromnej przewadze nie można opierać się w nieskończoność. Ok. 10.00 kolumny pruskie spychają resztki polskich pułków do miasta, na bulwary. Tam czeka na Prusaków odwód księcia Józefa – 2 bataliony płk. Malczewskiego.

Polacy stoją w ciasnym szyku najeżonym bagnetami. Prusacy podchodzą powoli na 20 kroków. Z tak morderczo bliskiego dystansu pruscy piechurzy oddają salwę. Dopiero teraz Polacy strzelają i ruszają do ataku na bagnety. Pokiereszowana kolumna pruska cofa się. W tej samej chwili z zaułków wyłania się kolejna, potężna kolumna wrogiej piechoty – to Austriacy! Na ten widok kompania badeńska, walcząca w szeregach polskich, przechodzi na stronę wroga i kieruje bagnety w niedawnych towarzyszy broni.

Ginie płk Malczewski, resztki jego rozbitych pułków chaotycznie przemykają w stronę rzeki. Książę Józef zwołuje uciekających do ogrodów Reichela nad Pleissą. Na bulwarach, w okolicy fontanny Wasserkunst, organizuje nowy ośrodek obrony. Książę objeżdża oddziały, przekonuje, by nie tracić ducha. Żołnierze są załamani. Prawdę mówiąc, walczą tylko dlatego, że oczekuje tego ich ukochany wódz.

O 11.00 wrzawa i dzikie wrzaski od strony bram Peterstor i Windmühlentor zwiastują, że zbliżają się Rosjanie.

Sytuacja jest rozpaczliwa. Poniatowski wzywa na pomoc marszałków Augereau i MacDonalda. Ich oddziały stoją w drugiej linii, ale Francuzi pozostawiają Polaków własnemu losowi.

Co gorsza, nieduży oddział pruskich piechurów przenika przez linie obrony w okolice jedynego kamiennego mostu na Elsterze. 2 zbudowane naprędce mosty drewniane nieco wcześniej rozpadły się pod ciężarem uciekających. Francuski saper kpr. Lafontaine, widząc blisko wroga, traci głowę. Nie dostrzega, że to tylko mały patrol pośród francuskich batalionów, bez namysłu podpala lont. Most wylatuje w powietrze.

Wieść o wysadzeniu mostu rozchodzi się błyskawicznie. Panika ogarnia Francuzów i Polaków. Książę Poniatowski jeszcze raz objeżdża swe oddziały, schrypnięty, krzyczy do żołnierzy:

 – Koledzy, zaklinam was na imię naszej ojczyzny, abyście nie splamili naszego charakteru narodowego. W najświetniejszych wypadkach i niebezpieczeństwach to sobie hasło powtarzajcie, że jesteście Polakami.

Jeszcze raz prowadzi piechurów do kontrataku na bagnety. Kula karabinowa dużego kalibru przebija na wylot pierś, ledwie na szerokość dłoni powyżej serca. Książę jest blady, ledwie przytomny z bólu.

Polscy generałowie namawiają go, by się poddał i zachował swą osobę dla ojczyzny.

 – Trzeba umrzeć mężnie – odpowiada.

W końcu jednak zgadza się, by wyprowadzono go na tyły.

Ale jak?

Wraz z garstką kirasjerów i krakusów książę szarżuje na pruską piechotę i przebija się na brzeg Pleissy. Rzeka jest błotnista, silnie wezbrana po ostatnich ulewach. Gen. Mikołaj Bronikowski nalega, by książę Poniatowski przeprawił się wpław. Książę waha się, w końcu wysyła eskortę do ostatniego kontrataku, sam zaś wjeżdża w rzekę. Nurt jest silny, unosi konia, który nie ma siły dopłynąć do drugiego brzegu. Adiutanci Ludwik Kicki i Francuz Hipolit Blechamps rzucają się na pomoc. Wyciągają z rzeki księcia. W tejże chwili Kicki dostaje postrzał.

Poniatowski idzie błotnistymi ogrodami w stronę kolejnej przeszkody – Elstery. Towarzyszą mu adiutanci i mastalerz, prowadzący konie za uzdy. Gdy napotykają grupy spanikowanych polskich żołnierzy, Książę słabnącym głosem dodaje im otuchy, wzywa do walki.

Kula trafia go w bok. Poniatowski pada na ziemię. Adiutanci podnoszą go, wsadzają na konia i wycofują się. Na opatrunek nie ma czasu.

W zamęcie walki Polacy natykają się na francuskiego generała z adiutantem. Francuz krótko rozmawia z Poniatowskim i dołącza doń. Oficerowie wyłamują w jakimś murze furtkę i już widzą brzeg Elstery. Idą ku niej, prowadząc konie, by nie zwracać na siebie uwagi. Ale po chwili obok ich głów świszczą kule. To patrol 7 pruskich strzelców skrył się za klombem i strzela do nich jak do kaczek. Książę Józef pyta oficerów, czy mają pałasze. Chce najpierw uderzyć na pruski patrol, a potem się przeprawić. Ale białą bronią dysponuje tylko francuski generał i 3 oficerów.

Książę wsiada na konia jednego z adiutantów i rusza z resztą towarzyszy w stronę Elstery. Brzegi Elstery są ujęte w dość wysokie mury. Wreszcie książę znajduje wyrwę i skacze w nurt rzeki. Za nim rzucają się w wodę pozostali.

7 pruskich strzelców nadbiega nad brzeg. Daje salwę. Kula trafia kpt. Blechampsa, który zsuwa się z konia i tonie. Książę Józef na koniu dopływa do zachodniego brzegu i znajduje w tamtejszym murze zbawczą wyrwę po pocisku. Koń dziarsko wdrapuje się na ląd.

Jeden z francuskich tyralierów obsadzających zachodni brzeg spostrzega wyłaniającego się z rzeki pokrwawionego jeźdźca w brudnej burce, dziwacznym, zdeformowanym nakryciu głowy. Ki diabeł, Kozak?

Bez namysłu naciska na spust. Uderzenie kuli kalibru 19 mm jest tak silne, że książę odruchowo ściąga jedną ręką cugle. Koń staje dęba i wali się wraz z jeźdźcem do rzeki. Po chwili dzielny rumak wdrapuje się jednak na brzeg. Książę znika w falach.

Źródło: Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1604341

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

Zwykły złodziejaszek, a jednak zrobił karierę. Takie rzeczy tylko w Cesarstwie Niemieckim? Nie koniecznie. Współcześnie też się zdarza, że o przestępcach robi się głośno na całym świecie. 16 października 1906 roku rozpoczęła się kariera Friedricha Voigta. W relacji W. Kalickiego wyglądało to tak:

Wczesnym rankiem starszy, szczupły mężczyzna w zniszczonym ubraniu wygrzebuje się z kryjówki w zakamarkach berlińskiego Dworca Śląskiego. Pod pachą dźwiga sporej wielkości paczkę obwiązaną sznurkiem. Mężczyzna wsiada do pociągu i jedzie na dworzec na Beusselstrasse. Tam pośpiesznie biegnie na podmiejskie łąki Jungferheide. W chaszczach rozwija papier paczki i wyciąga oficerski mundur.

Mężczyzna przez ostatni tydzień szukał takiego uniformu w berlińskich sklepach ze starzyzną. W końcu szczęśliwie znalazł mundur kapitana pruskiej gwardii, starego, nieużywanego wzoru, ale jeszcze w znośnym stanie. I co najważniejsze – w rozmiarze pasującym na niego jak ulał.

Mężczyzna szybko przebiera się w mundur. Wygładza fałdy kurtki, prostuje się jak struna. Po raz pierwszy w życiu jest naprawdę kimś.

Wilhelm Voigt urodził się przed 57 laty w Tylży w Prusach Wschodnich w rodzinie kiepsko prosperującego szewca. Skończył 3 klasy szkoły podstawowej i zaczął naukę w szkole realnej. Wtedy został złapany na kradzieży. W wieku 14 lat stanął przed sądem w Tylży. Skazano go na 2 tygodnie aresztu. Jako karany musiał opuścić szkołę. Ojciec wyuczył go szewstwa, ale małemu Wilhelmowi w tym fachu szło kiepsko. Z biegiem lat coraz częściej wchodził w kolizję z prawem. Między rokiem 1864 a 1871 sześciokrotnie aresztowano go i skazywano za kradzieże i fałszowanie dokumentów. W sumie spędził za kratkami niemal 30 lat. Ostatni wyrok 15 lat więzienia skończył odsiadywać w lutym tego roku. Po wyjściu na wolność Voigt pojechał do Wismaru, ale jako wielokrotnie karany złodziej rychło został wydalony z Wielkiego Księstwa Mecklenburg-Schwerin. Gdy pojechał do Malborka, tamtejsze władze miejskie także wydaliły go. To samo spotkało Voigta w Grudziądzu. Gdzie tylko się ruszył, wszędzie odmawiano mu – jako zdeprawowanemu recydywiście – wydania dokumentów tożsamości i prawa pobytu. Bez tego zaś nie mógł dostać pracy. Wpadł w błędne koło marginesu społecznego w cesarskich Niemczech.

W końcu Voigt dotarł do niewielkiej miejscowości Rixdorf pod Berlinem i zamieszkał u swojej siostry przy Kopfstrasse 27. Stabilizacja trwała krótko. Prezydent policji w Rixdorf 24 sierpnia wydalił go z miasta. Powód: „osoba niebezpieczna dla publicznego bezpieczeństwa i moralności”. Tydzień później Voigt wyruszył w stronę Hamburga. Nigdy tam jednak nie dojechał. Parę stacji za Rixdorf wysiadł i skierował się do Berlina. W stolicy zaszył się, bez meldunku, przy Lange Strasse 22.

Ostatnie kilka tygodni Voigt rozmyślał o beznadziei swego położenia. Nie miał szans na meldunek i na dostanie pracy – to było jasne. Pozostawało mu jedynie to, na czym znał się najlepiej – kradzież. Tyle że dotychczasowe doświadczenia jako kieszonkowca i włamywacza były zniechęcające: małe łupy, ryzyko wielkie. Ale gdyby tak wymyślić naprawdę wielki przekręt…

Pomysł przyszedł, gdy wspominał swoją młodość. Wielki książę pruski nakazał ongiś swoim gwardzistom wkroczyć w nocy do gabinetu burmistrza Królewca, bez sądowego nakazu aresztować go i dostarczyć do więzienia. Burmistrz po prostu popadł w niełaskę księcia.

Bystry Wilhelm Voigt w tamtej historii zauważył to, co najważniejsze: w zmilitaryzowanym, ogarniętym kultem wojskowego munduru społeczeństwie pruskim żadne bezprawie, byle tylko dokonane w mundurze i w imieniu najwyższej władzy, nie budzi ani protestu, ani nawet zdziwienia.

Wilhelm Voigt w mundurze kapitana sprężystym krokiem wychodzi z chaszczy i wraca na dworzec. Jedzie do Stralau-Rummelsberg, a stamtąd pociągiem podmiejskim do leżącego pod Berlinem niewielkiego miasteczka Köpenick. Tu rozpoznaje teren, zwłaszcza w okolicy ratusza. Przed 11.00 wraca pociągiem obwodnicy północnej do Berlina. Wysiada na dworcu przy Pulitzstrasse. Przez dłuższy czas spaceruje tam i z powrotem po Seestrasse. W południe dokonywane są zmiany wart. Wreszcie Voigt dostrzega pododdział fizylierów gwardii, składający się z 4 żołnierzy i podoficera. Skończyli służbę wartowniczą przed wojskowym basenem Ploetzensee. Voigt zatrzymuje patrol. Podoficer służbiście woła: „Baczność!”, i składa meldunek. Z przejęcia nie zauważa, że mundur kapitana ma stary fason. Voigt robi marsową minę i stentorowym głosem oznajmia, że z rozkazu najwyższych władz natychmiast podporządkowuje sobie patrol. Zwalnia jedynie podoficera, by ten mógł zameldować o przejęciu pododdziału. Wygląda to logicznie – przecież zwierzchnicy w koszarach fizylierów gwardii mogliby uznać zaginiony patrol za bandę dezerterów. W rzeczywistości sprytny szewc w mundurze kapitana pozbywa się podoficera, który mógłby dostrzec coś niezwykłego albo podejrzanego w starym kapitanie albo prowadzonej przezeń akcji. Niczym przy tym nie ryzykuje – zanim oficerowie pułku fizylierów gwardii sprawdzą w cesarskich urzędach, że nikt nie wysyłał żadnego kapitana z misją specjalną na Seestrasse, minie z pewnością wiele godzin.

Po chwili Voigt na czele 4 fizylierów zatrzymuje na ulicy kolejną wartę schodzącą ze służby na pobliskiej strzelnicy. 6 żołnierzy 4. Pułku Piechoty Gwardii włącza do swego oddziału. Z 10 podkomendnymi maszeruje Voigt na dworzec przy Pulitzstrasse. Pociągiem podmiejskim jadą do Köpenick. Żołnierze w 3. klasie, Voigt, jak na oficera przystało, w 2. Na dworcu w Köpenick jeden z gefrajtrów z 4. Pułku nieśmiało zauważa, że po wielu godzinach służby żołnierze są głodni. Voigt nie zastanawia się ani chwili. Rozkazuje ustawić karabiny w kozły i poleca szefowi sali w restauracji dworcowej podanie obiadu dla swoich podkomendnych. Pilnuje, by każdy dostał duże piwo. Niedbale dorzuca, że rachunek ureguluje wieczorem kancelaria cesarska.

Po obiedzie każdemu żołnierzowi wręcza po jednej marce. Najedzeni piechurzy dziarsko maszerują za kapitanem w stronę ratusza.

Po drodze oddział zachodzi na miejską pocztę. Z rozkazu cesarskiego Voigt zakazuje łączenia przez najbliższą godzinę jakichkolwiek rozmów z Berlinem. Teraz Voigt rozkazuje załadować karabiny amunicją i założyć bagnety. Bezdomny szewc jest bystrym obserwatorem wojskowych zwyczajów. Rozkazy wydaje gefrajtrowi, temu, który upomniał się o obiad, a on przekazuje je żołnierzom. W cesarskiej armii nie uchodzi, by oficer zwracał się bezpośrednio do zwykłego żołnierza.

Przed ratuszem Voigt rozkazuje pełniącym tam wartę żandarmom przekazać posterunek swoim żołnierzom. Żandarmi zaś mają ruszyć w miasto i dbać o porządek – kapitan ma bowiem informacje, że na ulicach Köpenick pojawiły się elementy zagrażające bezpieczeństwu publicznemu. Gdy żandarmi znikają za rogiem, Voigt poleca 2 żołnierzom obsadzić główne wejście. Przy bocznych drzwiach pozostawia po jednym podkomendnym. Nikt, pod żadnym pozorem, nie może wejść do środka. Sam wkracza na czele 6 szeregowców. W pierwszym pokoju siedzi nadsekretarz miejski Rosenkranz. Voigt aresztuje go w imieniu cesarza i zostawia pod strażą. Następnie wkracza do gabinetu burmistrza dr. Georga Langerhansa. Z burmistrzem jednak gorsza sprawa. Jest oficerem rezerwy i uważa akcję kapitana za całkowite bezprawie. Żąda połączenia go telefonicznie z urzędem starostwa. Voigt nie traci rezonu: „Nie ma pan tu zupełnie nic do telefonowania, a jeśli będzie się pan jeszcze dłużej stawiał, każę zamknąć pana w celi”. Burmistrz milknie. Teraz Voigt wzywa skarbnika von Wittberga, któremu poleca dokonać podliczenia miejskiej kasy. Po kwadransie von Wittberg melduje: „Jest 4 tys. marek i 37 fenigów”. Smakowita suma. Voigt wypisuje pokwitowanie i rekwiruje pieniądze, które sam pakuje do torby. Potem rozkazuje żołnierzom odtransportować koleją burmistrza i skarbnika do Berlina i przekazać strażom w Neue Wache. Na dworcu w Köpenick czeka, aż jego oddział z aresztowanymi wsiądzie do wagonu. Parę minut później wskakuje do następnego pociągu. Myśli tylko o tym, jak zmylić tropy. Ani mu się śni, że prawdziwa sława czeka go po aresztowaniu: wrzawa w prasie całej Europy, proces, wyrok 4 lata więzienia, ułaskawienie przez rozbawionego aferą cesarza Wilhelma II, tryumfalne tournée po Europie i Ameryce, w czasie którego opowiadać będzie o uprowadzeniu kasy, woskowa figura w Gabinecie Madame Tussauds, ostentacyjne nadanie mu dowodu osobistego przez Wielkie Księstwo Luksemburga, sztuka teatralna, filmy i pomnik na grobie.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.