14 czerwca 1956 powrót Stanisława Cata-Mackiewicza do Polski w opisie W. Kalickiego:

Wiceprezes Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich Jerzy Putrament zamiast jak zwykle ostatnio wypłynąć rankiem łódką na szczupaka, nagle musi pakować się i jechać z leśniczówki Pranie do Warszawy. Właśnie przyjechał po niego samochód ZLP z wiadomością, że Stanisław Mackiewicz „Cat” nieoczekiwanie przyspieszył powrót z Londynu do Polski.

Putrament ma swój sekretny udział w tym powrocie. Jego zwierzchnicy z KC PZPR chcą, by osobiście powitał Mackiewicza na lotnisku.

Dla niewtajemniczonych przylot Mackiewicza do komunistycznej Polski to wielkie zaskoczenie, choć nic już nie powinno dziwić po ucieczce w maju zeszłego roku, do Warszawy, Hugona Hankego, premiera emigracyjnego rządu RP, zresztą następcy Mackiewicza na tym stanowisku.

Stanisław Mackiewicz nigdy nie skrywał swej wrogości do komunizmu. Pochodził z ziemiańskiej rodziny, podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1919 i 1920 roku wstąpił ochotniczo do partyzanckiego oddziału kawalerii Samoobrony Ziemi Wileńskiej mjr. Władysława Dąbrowskiego, który śmiałymi, dalekimi rajdami budził popłoch w bolszewickich szeregach. W 1922 roku 26-letni Mackiewicz brał udział w zakładaniu w Wilnie dziennika „Słowo”, gazety konserwatywnej, finansowanej przez kresowe ziemiaństwo. Od pierwszego numeru został jej naczelnym. Wybitny, niezależny, analityczny umysł, błyskotliwy erudyta, świetny stylista, znawca historii Francji i Rosji – dzięki tym cechom uczynił z prowincjonalnego pisemka wileńskich „żubrów” dziennik czytany przez elity całej Polski. Każdy szanujący się przedwojenny intelektualista sięgał po jego komentarze w „Słowie” podpisywane wziętym z kart Rudyarda Kiplinga pseudonimem „Cat”, mającym symbolizować jego intelektualną niezależność i chodzenie własnymi drogami. Także redaktorem był znakomitym – w „Słowie” stworzył dla młodych literatów dodatek „Żagary” (co na Wileńszczyźnie oznaczało chrust zbierany na podpałkę), w którym debiutowali Czesław Miłosz, Jerzy Zagórski, Ksawery Pruszyński, Karol Zbyszewski.

W 1931 roku odbył podróż po ZSRR. Po powrocie napisał książkę publicystyczną Myśl w obcęgach, bezlitośnie obnażającą sowieckie mity i krytykującą realia bolszewickiego państwa.

Choć uważał się za monarchistę – a może właśnie dlatego – podczas zamachu majowego poparł Piłsudskiego, a potem doprowadził do głośnego spotkania Marszałka z arystokracją w Nieświeżu. Dwa razy piastował mandat poselski z ramienia sanacyjnego BBWR, ale po śmierci Marszałka krytykował sanacyjne władze. W 1939 roku za krytykę polityki obronnej Becka trafił na 17 dni do obozu w Berezie Kartuskiej.

Na wojennej emigracji we Francji był członkiem Rady Narodowej, w Londynie zwalczał Władysława Sikorskiego i Stanisława Mikołajczyka. W latach 1954–1955 był premierem emigracyjnego rządu. Zaraz po wojnie, skłócony niemal ze wszystkimi, cierpiący niedostatek, wręcz biedę, skłonny był wracać do komunistycznej Polski. Już w 1947 roku rozmawiał o powrocie z Jerzym Borejszą, który sondował w tej sprawie wybitnych twórców emigracji. Wieści o tych spotkaniach skompromitowały w polskim Londynie „Cata”, ale nie zniechęciły do rozmów z komunistycznymi dygnitarzami i agentami bezpieki o powrocie. Jeszcze w 1947 roku spotkał się w Paryżu z ambasadorem Warszawy Jerzym Putramentem, potem kontaktował się z Bernardem Singerem, londyńskim dziennikarzem i zarazem agentem MBP „Rex”, oraz z konsulem Warszawy w Londynie – i rezydentem komunistycznego wywiadu – Marcelem Reichem-Ranickim. Od roku, z własnej inicjatywy, znów kontaktował się z Putramentem i agentem wywiadu Jerzym Klingerem „Oskarem”. Mackiewicz opowiadał im o kulisach życia emigracji, brał gotówkę jako pożyczki i zaliczki na wydanie broszury potępiającej agenturalne związki uchodźczych radykałów z amerykańskim wywiadem, ale stanowczo odmówił pisania raportów. Kapryśny, nerwowy, długo nie potrafił się dogadać z mocodawcami swych rozmówców – gdy on chciał jechać do Warszawy, oni go wstrzymywali, gdy znów oni ponaglali do wyjazdu, on hamletyzował. Stracił wiarę w Zachód, w sens emigracji, ale wracać zawsze chciał na swoich warunkach. Upierał się, że zjawi się bez deklaracji lojalności dla komunistycznej władzy, a w kraju pozostanie niezależnym pisarzem.

Na krajowego czytelnika i na krajowe honoraria od dawna bardzo liczy.

Gdy przed paru dniami „Cat” ogłosił w londyńskim „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza”, że wraca do kraju, emigracyjny publicysta Tadeusz Żenczykowski wszczął wobec niego postępowanie upadłościowe – „Cat” dotąd nie zapłacił ogromnej sumy 4 tys. funtów odszkodowania za zniesławienie przed laty Żenczykowskiego. Gdyby został uznany za bankruta, nie mógłby opuścić Wielkiej Brytanii.

 „Cat” gwałtownie przyspieszył wyjazd. Na lotnisko odprowadzali go peerelowski konsul i wynajęty przezeń adwokat.

Samolot LOT-u z Mackiewiczem na pokładzie ma lądować w Warszawie wczesnym popołudniem. Samochód z Putramentem pędzi z Prania na złamanie karku i zajeżdża na Okęcie przed lądowaniem. Władze starannie wyreżyserowały przybycie byłego premiera emigracyjnego rządu. Zamiast w hali przylotów powitanie odbędzie się na płycie lotniska, jak w przypadku głów państw albo bardzo znanych artystów. Na płytę wpuszczone mają być bliska rodzina „Cata”, polscy i zagraniczni dziennikarze, kilku urzędników z przedstawicielem pełnomocnika rządu PRL ds. repatriacji.

Putrament przyjechał o czasie, ale samolot wystartował z Londynu ze sporym opóźnieniem. Mija godzina, druga, trzecia. Jest bardzo ciepło. Rodzina, dziennikarze, oficjele i spory tłumek dawnych przyjaciół, znajomych oraz wielbicieli Mackiewicza są coraz bardziej zmęczeni czekaniem.

Wreszcie wczesnym wieczorem nadlatuje douglas DC-3 z Londynu. Po wylądowaniu i wyłączeniu silników obsługa lotniskowa podtacza pod drzwi wąskie ośmiostopniowe metalowe schodki. Szybkim krokiem podchodzą do nich żona „Cata” Wanda i ich dwie córki. 35-letnia Barbara Rzepecka, były żołnierz AK na Wileńszczyźnie, do 1948 roku więziona w sowieckich łagrach w republice Komi, przyszła z nastoletnim synem Ryszardem. Młodszej córce „Cata” Aleksandrze Niemczykowej towarzyszy jej siedmioletnia córka Teresa. Są też siostra „Cata” Seweryna z Mackiewiczów Orłosiowa i jej 21-letni syn Kazimierz Orłoś, student pierwszego roku prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Za nimi tłoczą się dziennikarze i znajomi sławnego reemigranta.

Stewardesy otwierają drzwi i jako pierwszy ukazuje się w nich „Cat”. Ubrany jest zaskakująco, jak na niemal upalny polski czerwiec: ma na sobie ciemny garnitur z kamizelką, gruby, ciemny, mocno podniszczony płaszcz i nieco jaśniejszy, solidny zimowy kapelusz. Dość otyłą twarz ma mocno zaczerwienioną, lekko posapuje. Nawet z odległości paru metrów widać, ze jest zarazem wzruszony i mocno podenerwowany.

W prawej ręce trzyma walizeczkę z maszyną do pisania. Jest w tym zarazem troska o swoje narzędzie pracy, ale i polityczna ostentacja – oto przybywa z emigracji nie przegrany polityk, premier, ale pisarz, który bynajmniej nie ma zamiaru zamilknąć. „Cat” z uśmiechem, powoli, posapując, schodzi na płytę lotniska. Pozostali pasażerowie taktownie pozostają w samolocie; ta chwila jest tylko dla niego. Ledwie staje na ziemi, wnuczka Tereska, w jasnej, letniej sukience i białej kokardzie wplecionej w upięte wysoko warkocze, wręcza mu bukiet dziewięciu czerwonych goździków. Obok niej stoi wnuk Ryszard w białej koszuli z krótkim rękawem.

 „Cat” ściska się z najbliższymi.

 – Dlaczego wróciłeś? – pyta go, ot tak, po prostu, córka Aleksandra, nieprzejednanie, podobnie jak jej starsza siostra, wroga komunistom.

 – Dla zademonstrowania, że emigranci na żadne dotrzymanie umów przez aliantów albo pomoc w innej formie z ich strony nie mogą liczyć – odpowiada „Cat”, który czuje, że żaden motyw osobisty jej nie przekona.

Przez zwarty krąg rodziny przeciskają się dziennikarze i otaczają półkolem Mackiewicza. Z tyłu pośpiesznie przepycha się Putrament. Michał Sumiński, reporter rozgłośni radiowej Kraj, powołanej przed rokiem i kierowanej przez zaufanego politruka Wiktora Grosza, której celem jest zachęcanie wojennej emigracji na Zachodzie do powrotu nad Wisłę, podsuwa mikrofon pod nos „Cata”. Mackiewicz składa oświadczenie:

 – Jestem niesłychanie wzruszony, stojąc na ziemi polskiej. Reprezentowałem zawsze kierunek polityczny, który był odwrotny temu, jaki reprezentuje dziś rząd obecnej Polski. W tym, że jestem tu tak uprzejmie witany, widzę, że Polska nie dzieli się na zwyciężonych i zwycięzców, a tylko na Polaków.

Stylistyka tej deklaracji nie jest zbyt fortunna, ale chodzi przecież tylko o sens polityczny.

Jeszcze kilka pytań dziennikarzy, dość zdawkowych, bo nazajutrz rano ma się odbyć konferencja prasowa Mackiewicza, jeszcze tylko uściski dłoni z przyjaciółmi z dawnych lat, i do akcji wkracza Putrament. Proponuje odwiezienie Mackiewicza tam, gdzie sobie życzy. „Cat” nie zważa na ledwie skrywane niezadowolenie żony i córek, które komunistycznego dygnitarza szczerze nie cierpią i wolałyby zabrać Mackiewicza zamówioną taksówką. Cała rodzina spotyka się w malutkim, jednopokojowym, ocienionym starymi drzewami za oknem, mieszkaniu Aleksandry przy ul. Raszyńskiej. Na stole czekają zrobione przez panią Wandę i córkę kołduny, rozkosz dla podniebienia Mackiewicza, smakosza i maniakalnego miłośnika litewskiej kuchni. Teraz czas na skromne prezenty: lalkę dla wnuczki, drobiazgi dla wnuka, butelkę wina. Skromne, bo też i sytuacja materialna opuszczającego Londyn „Cata” była rozpaczliwa.

Rozmowa przy stole jest chaotyczna. Mackiewicz tłumaczy powody powrotu, opowiada londyńskie anegdoty. Trzy panie relacjonują sytuację polityczną w kraju, wspominają wspólnych znajomych.

Późnym wieczorem goście rozchodzą się. „Cat”, którego małżeństwo słabo wytrzymało próbę tylu lat rozłąki, zostaje na pierwszą po powrocie noc u córki na Raszyńskiej.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

11 czerwca 1977 roku miało miejsce krwawe stłumienie jednego większych ataków terrorystycznych w Europie. Terrorystami byli obywatele indonezyjskiej prowincji Republiki Południowych Moluków. Ofiarami obywatele Holandii. Zresztą ofiar nie zabrakło także po stronie terrorystów. W. Kalicki przypomina nam dziś tamte wydarzenia:

Dochodzi trzecia w nocy. Ciemności i gęste mgły unoszące się z bagien spowijają żółte wagony stojącego na niewysokim nasypie pociągu osobowego. Podmokłe, porośnięte krzakami pustkowie wygląda na wymarłe, ale na bagnach otaczających tory kolejowe czają się dwa tysiące holenderskich żołnierzy w pełnym uzbrojeniu. Korzystając z mgły i ciemności, 30 komandosów Bijzondere Bijstands Eenheid, elitarnej jednostki antyterrorystycznej holenderskiej armii, powoli, ostrożnie zbliża się do unieruchomionego pociągu. Wreszcie zamierają w odległości kilkudziesięciu metrów od torów.

O 3.50 rozlega się potworny ryk. Sześć starfighterów, odrzutowych myśliwców holenderskiego lotnictwa, doleciało w pobliże pociągu niemal bezgłośnie, na minimalnym ciągu silników. Nad celem pilot pierwszej maszyny w szyku dodaje gazu i przelatuje zaledwie pięć metrów nad dachami wagonów. W nocy, we mgle to prawdziwy majstersztyk pilotażu. Tuż za pierwszą maszyną przelatuje z ogłuszającym rykiem następna. Gdy ostatni, szósty w szyku starfighter przelatuje na minimalnej wysokości nad pociągiem, pierwsza maszyna wraca nad cel i znów nadlatuje, niemal szorując podwoziem po dachach wagonów. Huk odrzutowych silników ma ogłuszyć, obezwładnić zabarykadowanych w pociągu porywaczy.

Terroryści zamknięci wraz z zakładnikami w pierwszym wagonie są członkami organizacji Vrije Zuidmolukse Jongeren (Młodzież Południowych Moluków).

Uzbrojeni członkowie VZJ to spadek po kolonialnej historii Holandii. Archipelag Wysp Korzennych, zwanych też Wyspami Moluckimi, odkryli przed pięcioma wiekami Portugalczycy, ale 100 lat później opanowali go na dobre Holendrzy. Dostarczające gałki muszkatołowej, goździków, pieprzu i innych cennych przypraw Moluki przez ponad trzy i pół wieku były perłą kolonialnego imperium Holandii. Po II wojnie światowej, po wyparciu okupantów japońskich z wysp dawnych Holenderskich Indii Wschodnich, jawajski ruch wyzwoleńczy proklamował w 1945 roku niepodległą Republikę Indonezji. Odmienni etnicznie i kulturowo mieszkańcy Moluków chcieli jednak przekształcić swe wyspy w niepodległe państwo, a nie w indonezyjską prowincję. Na domiar złego, w wojnie, jaką w 1945 i 1946 prowadziły przeciw Indonezji Wielka Brytania i Holandia, dawna kolonialna metropolia wykorzystywała żołnierzy z Moluków. W holenderskiej armii niezwykle bitni Molukańczycy pełnili taką funkcję, jak Gurkhowie w armii brytyjskiej. Walczyli w interesie Holendrów na wielkich wyspach Indonezji, daleko od swych rodzinnych Moluków, zaskarbiając sobie niechęć, czasem nienawiść rdzennych Indonezyjczyków. Po przegranej wojnie kolonialnej Holendrzy, wycofując się ze swych byłych Indii Wschodnich, oddali Molukańczykom jeszcze jedną niedźwiedzią przysługę: aby utrudnić sytuację Indonezji, w czasie kończącej wojnę konferencji okrągłego stołu w Hadze postawili warunek, że każda z 16 prowincji ma prawo do autonomii lub niepodległości.

Molukańczycy uwierzyli w tę deklarację, ale rząd indonezyjski nie zamierzał wypuszczać Moluki z rąk. W kwietniu 1950 roku Molukańczycy chwycili za broń. Indonezja krwawo stłumiła powstanie. Cztery tysiące molukańskich powstańców wyemigrowało wraz z rodzinami do Holandii. Uchodźcy zamieszkali w Westerbork, szybko zamieniając je w namiastkę państwa molukańskiego na holenderskiej ziemi. 35-tysięczna społeczność molukańska rządziła się swoimi prawami. Jej członkowie nie przyjęli obywatelstwa holenderskiego ani indonezyjskiego – pozostali bezpaństwowcami. W Westerbork utrzymywali własną służbę porządkową, modlili się we własnym Kościele protestanckim, który już w 1934 roku odłączył się od Kościoła holenderskiego.

Spokój skończył się w 1970 roku, gdy władze holenderskie zlikwidowały enklawę w Westerbork. Młodzi Molukańczycy, bojąc się, że ich rozproszona społeczność zacznie się asymilować, ruszyli do walki. Uważali, że Holandia powinna zrealizować swe zobowiązania z konferencji w Hadze i doprowadzić do powstania niepodległego państwa na Molukach.

W 1970 roku, przed wizytą prezydenta Indonezji Suharto w Holandii, grupa molukańskich terrorystów zajęła ambasadę indonezyjską w Hadze i wzięła ośmiu zakładników. Napastnicy domagali się niepodległości dla Moluków Południowych. Przed trzema laty aktywiści VZJ zorganizowali pod tym hasłem gwałtowne demonstracje uliczne swych rodaków w wielu miastach Holandii. Wiosną 1975 roku policja holenderska rozbiła molukańską konspirację, planującą uprowadzenie królowej Juliany, a jesienią tego roku siedmiu uzbrojonych terrorystów VZJ napadło na pociąg z Amsterdamu do Beilen, zaś inna ekipa Molukańczyków zajęła konsulat indonezyjski w Amsterdamie. Mimo że terroryści zamordowali dwóch zakładników, rząd holenderski nie zdecydował się ich zaatakować. W końcu Molukańczycy poddali się.

Przed trzema tygodniami, 23 maja, dziewięcioosobowa grupa terrorystów porwała lokalny pociąg elektryczny jadący do Groningen. Spośród ponad 100 podróżnych napastnicy wybrali 56 zakładników. Pociąg zatrzymali na bagiennych pustkowiach. W tym samym czasie czterech innych terrorystów VZJ opanowało szkołę w miejscowości Bovensmilde, biorąc jako zakładników 106 dzieci i 4 nauczycieli.

Wojsko i policja otoczyły pociąg i szkołę. Terroryści zażądali zwolnienia z więzień swych kolegów – w przeciwnym razie grozili zmasakrowaniem zakładników. Rząd chciał rozwiązać kryzys pokojowo, ale na wszelki wypadek w pobliżu oblężonej szkoły i porwanego pociągu pojawili się komandosi BBE, jednej z najlepszych na świecie formacji antyterrorystycznych utworzonej w Holandii po masakrze izraelskich sportowców na olimpiadzie w Monachium. Policja holenderska zdecydowała się na zagranie va banque – do żywności dla uwięzionych w szkole dzieci dodała środek wywołujący silną biegunkę. Policyjni lekarze poinformowali przestraszonych terrorystów, że rozpoczęła się epidemia bardzo niebezpiecznej grypy żołądkowej i dzieci bez hospitalizacji będą umierać. Molukańczycy zwolnili wszystkich uczniów, ale nadal więźli pasażerów w pociągu. I nadal nie chcieli słyszeć o kapitulacji.

Po trzech tygodniach oblężenia szef BBE doszedł do wniosku, że terroryści są dostatecznie znużeni i zobojętniali, by móc bezpiecznie uderzyć.

Gdy pierwszy starfighter kończy lot tuż nad dachami wagonów, z mokradeł podnosi się 30 komandosów BBE i szybkim krokiem rusza w stronę pociągu. Mają za zadanie dopaść nasypu kolejowego, zanim Molukańczycy otrząsną się z zaskoczenia. Od pociągu dzieli komandosów zaledwie 15 m, gdy któryś z terrorystów dostrzega ich z okna przedziału maszynisty. Molukańczycy otwierają do żołnierzy ogień z pistoletów maszynowych. W tym samym momencie na bagnach zapalają się dziesiątki ogników. To ukryci na mokradłach strzelcy wyborowi rozpoczynają huraganowy ostrzał pierwszego wagonu z karabinów automatycznych FN FAL. Terroryści rzucają się na podłogę.

Komandosi są już przy schodkach do wagonu, w którym przetrzymywani są zakładnicy. Jeden z atakujących wskakuje na schodki, szarpie drzwi. Bez efektu – są zamknięte od wewnątrz. Komandos błyskawicznie przylepia ładunek plastiku do drzwi, wtyka weń zapalnik, podpala króciutki lont. Ledwo odskakuje, a już wagonem wstrząsa potężna detonacja. Przez wyrwane drzwi komandosi wpadają do wagonu. Krzyczą: „Na ziemię!”. W tej samej chwili otwierają ogień pilnujący zakładników Molukańczycy. Komandosi odpowiadają ogniem z pistoletów maszynowych Uzi. Dwoje pasażerów, 19-letnia dziewczyna i 40-letni mężczyzna, zamiast paść na podłogę, wstaje z miejsc. Komandosi nie mają czasu na zadawanie pytań – w mroku nie są w stanie odróżnić porywaczy od ofiar. Seriami z uzi ścinają oboje pasażerów z nóg. Molukańczycy usiłują się bronić: ranią jednego z leżących zakładników. Huraganowy ogień Holendrów masakruje ich w mgnieniu oka.

Dokładnie w chwili gdy pierwszy starfighter przelatuje na pociągiem, w Bovensmilde 13 transporterów opancerzonych rusza na pełnym gazie na budynek szkoły. Czterej zabarykadowani w środku Molukańczycy, zmęczeni, apatyczni, nawet nie sięgają po broń, gdy transporter rozwala drzwi wejściowe. Komandosi BBE nie strzelają – leżący na podłodze terroryści bez oporu pozwalają się wyprowadzić i skuć. Czworo nauczycieli jest całych i zdrowych.

W pociągu komandosi BBE liczą straty. Żaden ze szturmujących nie jest ranny. Dwoje pasażerów, którzy nie zastosowali się do okrzyków antyterrorystów, nie żyje. Komandosi zastrzelili sześcioro porywaczy, w tym ich dowódcę, 24-letniego Maksa Papilayę, i jedyną kobietę w ich grupie – Hansinę Autosię. Z trzech pochwyconych Molukańczyków dwóch jest rannych.

Grupa uderzeniowa BBE świętuje swój tryumf. W telewizji specjalne orędzie wygłasza premier Joop den Uyl: „Jest to gorzkie zwycięstwo. Kosztowało ono życie dwojga pasażerów pociągu. Może też wzbudzić gniew czterdziestu tysięcy Molukańczyków, którzy stracili w tym starciu sześciu młodych ludzi, poległych pod sztandarem sprawy nacjonalistycznej. Ale innej możliwości nie było. Nie mogliśmy pozwolić im wyjechać za granicę, gdyż oznaczałoby to zachętę do dalszych aktów przemocy”.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

24 maja 1977 roku – pierwszy publiczny protest głodowy w PRL w relacji W. Kalickiego:

Choć to koniec maja, jest dość chłodno. Dochodzi dwudziesta. Do kościoła św. Marcina Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża na warszawskiej Starówce nieśpiesznie schodzą się nieliczni wierni. W kościelnych ławach siedzi ok. 30 modlących się. O ósmej zacznie się spotkanie modlitewne Ruchu Odnowy w Duchu Świętym. Spotkania takie prowadzi od kilku miesięcy, w każdy wtorek, między 20.00 a 22.00, rektor kościoła św. Marcina, a zarazem kapelan warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, ks. Bronisław Dembowski. Jest cicho, trochę sennie. Tylko kilkoro siedzących pojedynczo ludzi ukradkiem lustruje wnętrze kościoła.

O 19.50 do ks. Dembowskiego podchodzi wybitny działacz warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej Bohdan Cywiński. Informuje księdza, że dziś w kościele sześć osób rozpocznie głodówkę protestacyjną. Oświadczenie, dlaczego protestują, głodujący prześlą niezwłocznie do Rady Państwa.

Protest w postaci manifestacyjnej głodówki wymyśliła przed dwoma miesiącami współpracująca z Komitetem Obrony Robotników Bogusława Blajfer-Seweryn. Uznała, że dotychczasowe formy presji opozycji na władze – m.in. pisanie listów otwartych czy urządzanie konferencji prasowych dla zachodnich korespondentów – przestały być skuteczne. Pięciu robotników skazanych za udział w zamieszkach w Ursusie i Radomiu w czerwcu zeszłego roku ciągle pozostawało w więzieniu. Władze ignorowały apele i protesty.

Działacze i sympatycy opozycji wahali się jednak. Uważali, że sprawdzonymi metodami nacisku na władze można jeszcze wiele osiągnąć.

Ale w maju sytuacja się zmieniła. Po zamordowaniu przez tzw. nieznanych sprawców krakowskiego studenta Stanisława Pyjasa opozycja zorganizowała marsz protestacyjny. Władze odpowiedziały aresztowaniami. Za kratki trafiło 10 osób, w tym Jacek Kuroń, Adam Michnik, Jan Lityński, Seweryn Blumsztajn, Antoni Macierewicz. W poczuciu beznadziei i bezradności pomysł głodówki wrócił z nową mocą. Bogusława Blajfer-Seweryn przekonała do niego Bohdana Cywińskiego. Oprócz nich na głodówkę zdecydowali się: Barbara Toruńczyk, Henryk Wujec, dominikanin Aleksander Hauke-Ligowski, student matematyki Jerzy Geresz oraz Danuta i Lucyna Chomickie, żona i siostra Czesława Chomickiego, jednego z przebywających w więzieniu robotników z Radomia.

Zatem głodować, ale gdzie? Dla wszystkich było jasne, że tylko w kościele mogą być w miarę bezpieczni, choć SB w tak wyjątkowej sytuacji może wtargnąć nawet do wnętrza świątyni. A skoro w kościele, to w św. Marcinie. Ksiądz rektor Dembowski jest nie tylko kapelanem, ale i życzliwym sympatykiem niepokornych inteligentów – i tych z KIK-u, i tych z KOR-u.

Misję uprzedzenia księdza o głodówce wziął na siebie Bohdan Cywiński. Wymagała ona niemałych talentów dyplomatycznych. Zapytanie wprost, czy wolno w kościele głodować, skończyć się musiało odpowiedzią księdza, że nie wolno. Kościół nie jest wszak miejscem przeznaczonym na takie protesty. Trzeba było księdza poinformować o decyzji rozpoczęcia głodówki w taki sposób, by gospodarza świątyni nie urazić, a jednocześnie dać mu możliwość wyrażenia zgody nie wprost, niejako pod przymusem okoliczności. Bohdan Cywiński z misji tej wywiązał się znakomicie.

Ks. Dembowski zresztą wcale nie był zaskoczony. Na początku maja przyszedł do niego wyższy oficer SB, który przedstawił się jako Karczewski. Nie był księdzu całkiem obcy – przed dwoma laty załatwiał sprawę jego paszportu. Karczewski przestrzegł księdza, że jacyś ludzie przygotowują głodówkę w jego kościele. Mimo konspiracji Służba Bezpieczeństwa od co najmniej trzech tygodni wiedziała o planach ósemki protestujących.

Podobnie jak księdza rektora, Bohdan Cywiński poinformował o planach głodówki najwyższe czynniki kościelne.

Na termin rozpoczęcia protestu konspiratorzy wybrali wtorkowe spotkanie Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, bo dzięki niemu można było późnym wieczorem wejść niezauważonym do kościoła. Zasady głodowania ustalono zawczasu. Ostre. Żadnych soków, bo zawierają cukier, tylko woda. Nikt nie miał pojęcia, co się dzieje z organizmami głodujących. Ktoś tylko kiedyś czytał o głodówce Mahatmy Gandhiego, pamiętał, że hinduski myśliciel i polityk miał podczas niej dramatyczne momenty, ale przeżył. Przygotowująca się do protestu ósemka założyła przytomnie, że głodówka ma trwać tydzień – ani godziny krócej, ani godziny dłużej. Na wyczucie uznano, że przez tydzień nic złego nikomu się nie stanie. Ale co ważniejsze, w ten sposób uniknięto pułapki głodowania aż do spełnienia swych żądań, co w przypadku twardej władzy i zdeterminowanych głodujących niesie ryzyko śmierci.

Pozostało jeszcze tylko załatwić formalności. Henryk Wujec, szef laboratorium badania niezawodności w fabryce półprzewodników TEWA, parę dni przed zjawieniem się u św. Marcina dostał wymówienie. Dyrekcja otrzymała takie polecenie od SB. Ale Wujec, człowiek praktyczny, twardo stąpający po ziemi, nie miał zamiaru dać się wyrzucić z pracy dyscyplinarnie. W czasie wypowiedzenia wziął w TEWIE, całkiem legalnie, dziesięciodniowy urlop wypoczynkowy. A że spędzi go na głodowaniu, i to w kościele – to już jego prywatna sprawa, nie kadrowego TEWY.

Dominikanin o. Hauke-Ligowski, by uniknąć nacisków SB na władze swego zakonu, formalnie zwolnił się na tydzień z klasztoru.

O. Michał, prowincjał dominikanów, na ewentualne zarzuty esbeków w sprawie jego głodówki ma już na podorędziu trudny do odparcia argument: ścisły post dla osoby duchownej nie jest zakazany, przeciwnie nawet. A zresztą o. Hauke-Ligowski jest spokrewniony z rodziną Battenberg-Mountbatten, a więc z królem Szwecji i z brytyjskim księciem małżonkiem królowej Elżbiety i represje SB mogą skończyć się skandalem dyplomatycznym.

Służba Bezpieczeństwa wie, że głodówka będzie u św. Marcina, ale najwyraźniej nie ma pojęcia, że to już dziś wieczorem. Nie wyłapuje konspiratorów na ulicy, nie blokuje dostępu do kościoła. W środku jest szóstka protestujących; Panie Chomickie dojadą jutro rano. I to już wszyscy. Nikt z obecnych nie przypuszcza nawet, że gdy tylko wieść się rozniesie, w kościele stawi się kolejnych 6 osób.

Ks. Dembowski z kamienną twarzą wysłuchuje oświadczenia Bohdana Cywińskiego. Odpowiada, że wolałby widzieć głodówkę gdzie indziej, jednak uznaje ogólnoludzkie prawo do manifestowania swojej opinii. To trochę teatr dla zachowania pozorów, bo przecież ks. rektor jest uprzedzony i już – nie wprost, co prawda – zgodę wyraził. Ale wyraźne zaambarasowanie księdza nie jest udawane. Nikt nie wie przecież, do jakich prowokacji i represji wobec kościoła św. Marcina może posunąć się SB.

Ksiądz podchodzi do ołtarza.

Pod koniec spotkania wierni skupiają się w nawie bocznej. Dołączają do nich konspiratorzy. Ksiądz kończy dziś modlitwy wcześniej niż zwykle. Za kwadrans dziesiąta w nawie zostaje już tylko szóstka protestujących. Bohdan Cywiński po raz wtóry oświadcza, że rozpoczynają głodówkę. Dodaje, że głodujący poproszą Tadeusza Mazowieckiego, by zechciał być ich mężem zaufania i za jego pośrednictwem przekażą oświadczenie do Rady Państwa, do episkopatu, do Komitetu Obrony Robotników i do opinii publicznej.

Ksiądz znów odpowiada, że wolałby, żeby w kościele nie głodowano, ale uznaje ogólnoludzkie prawo do wyrażania opinii. Z troską patrzy na chcących głodować. Noc ma być zimna. Siostry franciszkanki donoszą ciepłe koce.

Rozpoczynający głodówkę w znakomitych humorach rozkładają posłania w narożnej kaplicy. Ksiądz Dembowski przygląda się temu krytycznie i zarządza, by kobiety spały w jednej zakrystii, a mężczyźni w drugiej. Głodować można nawet w kościele – ale przyzwoicie.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

17 maja 1907 roku organizacja bojowa PPS w Łodzi zorganizowała napad na furgon pocztowy. Oto przebieg wydarzeń oczyma W. Kalickiego:

Na rogu ul. Przejazd i Zagajnikowej w Łodzi przed 8.00 co rusz ktoś podchodzi do stojącego nieco na uboczu mężczyzny w podniszczonym ubraniu. To „Jan”, instruktor łódzkiej Organizacji Bojowej PPS. Po zamienieniu paru słów przybysze idą do niewielkiego parterowego domku w głębi ogrodu przy ul. Przejazd. W domku tym każdego z przychodzących wita jeden z dwóch oczekujących mężczyzn; przedstawia się on jako towarzysz „Zimecki”.

O 8.30 w pokoju jest już 20 osób. Wszyscy są członkami łódzkiej organizacji PPS Frakcji Rewolucyjnej. „Zimecki” wychodzi z domku i sprawdza stojących na czatach bojowców PPS ubezpieczających zebranie. Potem wraca i opowiada przybyłym o czekającej ich akcji.

Czas: dziś, za pół godziny.

Miejsce: róg ul. Łąkowej i Podleśnej.

Cel: carski furgon pocztowy przewożący – jak doniósł pepeesowski wywiad – większą sumę gotówki.

Plan: gdy tylko furgon eskortowany przez tuzin Kozaków i trzech uzbrojonych funkcjonariuszy poczty wjedzie z Łąkowej w Podleśną, czterech bojowców ustawionych na Łąkowej i kolejnych czterech stojących już za rogiem, na Podleśnej otworzy ogień z browningów do kozaków i pocztmistrzów; gdyby jednak Kozacy pod ogniem bojowców nie porzucili furgonu, lecz wraz z nim uciekli, na dalszym odcinku Podleśnej, między ul. Luizy i Zakątnej, ustawione będą dwa silne posterunki bojowców, które wezmą furgon i resztki ochrony w ogień krzyżowy pistoletów i rewolwerów. Na Zakątnej czeka już bryczka powożona przez towarzysza „Karola” z zaufanymi towarzyszami, do której przeładować należy zdobyte pieniądze.

Całą akcją dowodzi instruktor OB „Jan”.

Pytania? Nie ma.

 „Zimecki” z towarzyszem rozdają rewolwery i browningi.

Bojowcy wychodzą z domku po dwóch, po trzech. Łąkowa jest niemal niezabudowana i o tej porze prawie nie ma na niej przechodniów. Poinstruowani podczas pośpiesznej odprawy bojowcy zajmują wyznaczone im stanowiska. Nie czują się pewnie, cała ta akcja zorganizowana jest trochę na wariata, wbrew regułom konspiracji bojowej. Spiskowcy nie czekają długo. Łąkową zbliża się furgon pocztowy. Poprzedza go konno czterech Kozaków. Każdy trzyma karabin w prawym ręku, kolbą wsparty na udzie.

Reszta eskorty jedzie za furgonem.

 „Jan” wyciąga zza pazuchy trąbkę i gra krótki sygnał. Obie czwórki bojowców, ta stojąca na Łąkowej i ta na Podleśnej, wyciągają broń i dają ognia. Strzelają salwą – stwarza to wrażenie o wiele większej siły ognia napastników, niż dysponują oni w rzeczywistości. Kozackie konie stają dęba i ponoszą jeźdźców obu części eskorty w stronę dwóch kolejnych posterunków bojowców. Kozacy opanowują konie i strzelają do czterech napastników na Podleśnej, ale w tym momencie otwierają do nich ogień bojowcy stojący nieco dalej, przy Zakątnej. Trafiają dwóch Kozaków. Postrzelony w pierś spada z siodła, lecz noga więźnie mu w strzemieniu. Koń wlecze konającego po bruku. Reszta jeźdźców widzi, że to nie przelewki, i ucieka galopem.

Pocztmistrzowie usiłują się bronić w furgonie, ale po krótkiej kanonadzie dwaj z nich uciekają w przyuliczne chaszcze. Trzeci, ciężko ranny, leży na podłodze furgonu. Napastnicy wyrzucają ciężko rannego pocztowca na bruk. Jeden z bojowców siada na koźle furgonu, dwóch lokuje się w środku. Odjeżdżają. Reszta zamachowców rozbiega się pojedynczo we wszystkie strony.

Furgon skręca w Zakątną, gdzie bojowcy przerzucają sakwy i paki na bryczkę powożoną przez „Karola”. Bryczka wjeżdża w Zieloną, dalej w Dzielną, z niej skręca w Widzewską i wreszcie w ul. Nawrot. Tam zatrzymuje się przed domem, w którym mieszkanie ma członek PPS „Stanisław”. Bojowcy pośpiesznie przenoszą do mieszkania sakwy i paczki z furgonu, po czym bez zwłoki odjeżdżają. W mieszkaniu towarzysze „Zimecki” i „Jan” otwierają zdobyczne sakwy i paczki. Łup jest sowity: 2 tys. rubli w gotówce i weksle Łódzkiego Banku Państwowego na ponad 237 tys. rubli.

Kozacy, którzy uciekli z miejsca napadu, wszczynają alarm w swoich koszarach. Nieco później do koszar doczłapuje koń wlokący zabitego jeźdźca. Oficer dyżurny wzywa oddział Kozaków z placu ćwiczeń. Jeden z dwóch urzędników pocztowych, którzy uciekli z furgonu, donosi, że napastnicy zbiegli w stronę ul. Luizy. Kolumna Kozaków wjeżdża w ul. Luizy i kieruje się w stronę fabryki Kunert, Landsberg i Wojdysłowski. Na dziedzińcu Kozacy zsiadają z koni, wbiegają do hal i strzelają z dystansu paru kroków do pracujących przy maszynach, niczego niepojmujących robotników. Tych, którzy kryją się w zakamarkach fabryki, Kozacy wywlekają na dziedziniec i tam mordują szablami. Krew płynie po bruku. Po rozbiciu fabrycznego kantoru i zrabowaniu kasy Kozacy wpadają do następnej fabryki, Metzler i Ferenbach. Także tu mordują robotników i rabują fabryczną kasę.

Na wieść o napadzie na furgon pocztowy przybywają na Podleśną rosyjscy śledczy. Chwilę później przymaszerowują wezwane przez jakiegoś urzędnika dwie kompanie piechoty. Carscy żołnierze wkraczają na dziedziniec fabryki Kunert, Landsberg i Wojdysłowski. Na widok rzezi i Kozaków ciągle mordujących niewinnych cywilów rosyjskich żołnierzy ogarnia oburzenie i wściekłość. Wrogie okrzyki sołdatów pod adresem Kozaków i manipulowanie przy zamkach karabinów zmuszają do reakcji dowódcę piechoty. Swoich żołnierzy stawia na baczność, a od oficera kozackiego żąda natychmiastowego opuszczenia terenu fabryki. Kozak agresywnie odmawia. Dowódca piechoty wyjmuje zegarek.

 – Jeśli Kozacy nie usuną się z fabryki w ciągu dwóch minut, dam rozkaz strzelania do nich! – grozi i daje swoim rozkaz: „K orużju!” (Gotuj broń). Sołdaci wykonują rozkaz aż nazbyt ochoczo. Na ten widok Kozacy – miotając pod ich adresem obelgi – wycofują się na ulicę, zostawiając ciała 80 pomordowanych robotników i robotnic. Rosyjski oficer dowodzący piechotą wzywa pogotowie do rannych robotników.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

10 maja 1941 roku miało miejsce dziwne wydarzenie z udziałem prawej ręki Hitlera Rudolfa Hessa. Oto opis wypadków w ujęciu W. Kalickiego:

Rudolf Hess, zastępca Hitlera w nazistowskiej partii NSDAP, spędza sobotę w rodzinnych pieleszach. Jest spokojny, uśmiechnięty, trochę droczy się z żoną Ilse. W tej rodzinnej sielance nieco osobliwy jest strój Hessa: uszyty na miarę mundur kapitana hitlerowskiego lotnictwa. Hess nie ukrywa, że wkrótce wyjeżdża w sprawach służbowych. Ilse pyta, kiedy wróci. Hess obiecuje, że w poniedziałek wieczorem, i wychodzi do pokoju jedynaka, czteroletniego Wolfa Rüdigera.

Ok. godz. 15.00 sekretarz Hessa Josef Platzer zawiadamia, że podstawiono samochód. Hess żegna się i wsiada do służbowego mercedesa. W samochodzie zapowiada podwładnym, że jadą do niezbyt odległego od Monachium Augsburga-Haunstetten, na lotnisko doświadczalne tamtejszych zakładów lotniczych Messerschmitta.

Nikt w mercedesie nie jest zaskoczony. Od wielu miesięcy szef ma w zwyczaju wpadać nieoczekiwanie do Augsburga-Haunstetten i siadać za sterami dwusilnikowego myśliwca Messerschmitta Bf 110. Nikogo ze świty Hessa nie dziwi nieoczekiwany wyjazd na lotnisko w sobotę; dziś jest wyjątkowo piękna, słoneczna pogoda. Wiatry – bardzo słabe.

Hess, kombatant I wojny światowej, od lat faktycznie kieruje partią NSDAP jako zastępca Hitlera. Jest sprawnym biurokratą, któremu Führer ufa. Po zwycięstwie nad Francją Hess wymieniony był w oficjalnym komunikacie jako pierwsza spośród osobistości cywilnych, które przyczyniły się do zwycięstwa, przed Himmlerem, Todtem i Goebbelsem. Ale od kilku miesięcy owładnęła nim obsesyjna myśl, by samemu zakończyć wojnę z Wielką Brytanią i rzucić ten prezent ukochanemu Führerowi pod nogi. Hess uważa, że w Wielkiej Brytanii nieugiętej antyniemieckiej postawie premiera Churchilla przeciwstawia się wpływowe stronnictwo proniemieckie, i postanawia spotkać się z księciem Hamiltonem, którego uznaje za ważną osobistość tego stronnictwa. Ale jak spotkać się w czasie wojny? Hess wpada na iście szaleńczy pomysł. W tajemnicy poleci do księcia, do jego rezydencji Dungavel w Szkocji. Wyląduje na prywatnym lotnisku, przedłoży propozycje pokojowe i jako zwycięzca wróci do Führera. Hess realizuje ten pomysł metodycznie. Od kilku miesięcy odbywa coraz dalsze loty na myśliwcu Bf 110. Co więcej, na dyrekcji lotniska wymusza przeróbki samolotu – dodanie dwóch podskrzydłowych 900-litrowych zbiorników paliwa. Technicy dziwią się, ale w końcu zastępcy Hitlera wszystko wolno.

Mercedes zajeżdża na lotnisko. Obsługa wyciąga z hangaru Bf 110. Hess stwierdza, że zawieruszył się jego ocieplany futrem kombinezon lotniczy. Wkłada standardowy kombinezon innego pilota, Helmuta Kadena.

Swemu adiutantowi Karlowi-Heinzowi Pintschowi wręcza dwie koperty dla Hitlera. Grubsza zawiera 14-stronicowy memoriał o potrzebie zawarcia z Wielką Brytanią pokoju. Tę przesyłkę Pintsch ma doręczyć Hitlerowi dziś wieczorem. Drugą kopertę – z listem wyjaśniającym Führerowi motywy swojej akcji, zaczynającym się od stwierdzenia, że gdy Hitler czyta te słowa, Hess jest już w Szkocji – Pintsch ma dostarczyć jutro rano.

Kwadrans po siedemnastej Hess otrzymuje pozwolenie na start. Obiera kurs na północ. O 19.28 messerschmitt Hessa pojawia się nad miasteczkiem Den Helder w okupowanej Holandii. Tam zmienia kurs na północno-wschodni. Leci nad Morze Północne. Po półgodzinnym locie dokonuje kolejnego zwrotu – na północny zachód. W ten sposób omija strefę najsilniejszej brytyjskiej obrony przeciwlotniczej na południu Anglii. O 20.52 samolot skręca prosto na zachód. Ale Hess jest niespokojny. Planował, że nad Szkocję wleci po zmierzchu. Nie przewidział, że na północy zmrok zapada później. Zawraca na wschód. Przez 20 minut lata tam i z powrotem nad Morzem Północnym. W końcu robi zwrot na zachód. Kierunek – Szkocja.

O 22.10 stacja radiolokacyjna w Ottercops Moss namierza zbliżający się znad morza cel. Leci na wysokości 4 tys. m. Kwadrans później załoga posterunku przeciwlotniczego pod Alnwick słyszy nadlatujący samolot. Obserwatorzy rozpoznają go jako Me-110 i natychmiast dzwonią do centrali obrony przeciwlotniczej w Usworth. Operator Cecil Bryant odbiera meldunek i uruchamia stosowne procedury. Nagle – zaskoczenie. Bryant dostaje od zwierzchników telefon z poleceniem, by samolotu nie atakować.

Dwa myśliwce Hurricane z 245. Eskadry RAF są już bardzo blisko lecącego tuż nad ziemią intruza, gdy wieża kontroli lotów wydaje rozkaz wstrzymania akcji i powrotu obu maszyn do bazy. Piloci – Czesi latający w barwach brytyjskich – sierżanci Vaclav Bauman i Leopold Srom opierają się, chcą atakować, ale ich zwierzchnicy nie pozwalają.

Ok. godz. 23.00 messerschmitt jest już niedaleko Dungavel, zamku księcia Douglasa Hamiltona. Hess rozpoznaje z powietrza linię kolejową i niewielkie jezioro w pobliżu Dungavel. Po chwili jednak traci orientację w terenie. Decyduje się na skok ze spadochronem. To jego pierwszy skok w życiu. Opada na ziemię kilkadziesiąt kilometrów od Dungavel.

Szkocki parobek pracujący na farmie Floors słyszy warkot silnika lotniczego, a po chwili – wybuch. Wybiega na podwórze i w świetle księżyca dostrzega spadochron. Łapie za widły i pędzi w jego stronę. Gdy dobiega, lotnik z trudem usiłuje stanąć. Skręcił nogę w kostce.

Parobek lustruje mężczyznę. „Jesteś Niemcem?” – pyta po angielsku. „Tak, jestem Niemcem, nazywam się kpt. Alfred Horn” – odpowiada płynną angielszczyzną skoczek. „Chcę dostać się do Dungavel. Mam ważną wiadomość dla księcia Hamiltona”.

Parobek prowadzi Niemca do swego domu. Jego żona proponuje filiżankę herbaty, ale rzekomy kpt. Alfred Horn woli szklankę wody. Rychło zjawiają się ochotnicy lokalnej samoobrony – Home Guard. Uzbrojeni są w wielki, prastary rewolwer i roztaczają miły zapach whisky. Przewożą Hessa do sąsiedniej wioski na posterunek Home Guard.

Wkrótce przyjeżdża tam mjr Graham Donald, asystent w Grupie Oficerskiej Królewskiego Korpusu Obserwacyjnego, który śledził lot messerschmitta Hessa i nanosił go na mapy sztabowe.

Jest pół godziny po północy, gdy Hess zawiadamia przesłuchującego go mjr. Donalda, że ma tajne wiadomości dla księcia Hamiltona. Major telefonuje do księcia, podpułkownika RAF, który akurat przebywa w bazie lotniczej. Ten nie jest zaskoczony – wie, że niemiecki pilot chce się z nim spotkać. Od majora książę dowiaduje się, że pilotem jest naprawdę Rudolf Hess. Ale książę tę sensację ignoruje. Wraca do zamku Dungavel. Bawi w nim specjalny gość Hamiltona – brat króla książę Kentu Jerzy wraz z żoną Mariną. Książę Kentu jest znany ze swej admiracji dla Niemiec.

W kwaterze Hitlera w Berghofie noc mija spokojnie. Dochodzi 10.00 w niedzielę, gdy adiutant Hessa Pintsch przekonuje adiutantów Hitlera, że musi natychmiast z nim porozmawiać. Führer jest spokojny, odprężony. Wczoraj wieczorem gruba koperta od Hessa dotarła na jego biurko, ale Hitler nie otworzył jej. Był pewien, że zawiera partyjne nudziarstwa. Adiutant Hessa wręcza mu teraz drugą, cienką kopertę. Hitler czyta. Krew odpływa mu z twarzy. „Bormann, do mnie!” – ryczy. Zwraca wzrok na struchlałego Pintscha: „Aresztować go!”.

O tej samej porze w Szkocji książę Hamilton rozmawia wreszcie z Hessem. Wieczorem książę leci do Ditchley Park, gdzie spędza weekend premier Churchill. Gdy przybywa, Churchill ogląda komedię z braćmi Marx. Obsługa zatrzymuje projektor. Premier wypytuje Hamiltona, czy skoczek to naprawdę Rudolf Hess. Książę potwierdza i prosi o rozmowę na osobności. Ale Churchill przerywa księciu: „Hess czy nie Hess, idę oglądać braci Marx!”.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.